wtorek, 14 października 2025

Jestem na wojnie ze swoim sumieniem

Czas leci szybko, straszliwie szybko, za szybko i całkowicie nieubłaganie. Pytacie mnie, co u mnie, a ja że wszystko dobrze, że jakoś leci. A tak naprawdę, nie będę owijać w bawełnę, że nie jest źle bo jest. To już ponad rok jak pożegnaliśmy moją córkę. Jakoś przetrwaliśmy ten rok, a to czego sie w tym czasie nauczyłam to że czas nie leczy ran. Że jeden dzień zmienia czyjeś życie na zawsze. Wiele żyć. Na zawsze. Że uśpiony od lat wulkan emocji w końcu nie wytrzyma pęknie, i wybuchnie i zaleje wszystko dokoła wrzącą lawą najgorszych uniesień, wleje się do wypalonej dziury w sercu i tam powoli zastygnie. I serce zamieni się w głaz, a ten głaz jest wielki i ciężki i przygniata do ziemi. A ziemia jest zimna i twarda i nie da się z niej samemu wstać z tym kamieniem zamiast serca. Nie chcesz pomocnej ręki, chcesz zostać tam gdzie jesteś, całej zamienić się w głaz a potem rozpaść na kawałki, nawet nie na kawałki ale na proch, żeby dmuchnął wiatr i dał ci zniknąć na zawsze. 

Tak u mnie jest, codziennie i nieodmiennie, a w dodatku - nie tak otwarcie ale bardzo sumiennie - odkryłam, że karmię w sobie parę bardzo złych wilków. Jeden jest szczególnie niebezpieczny bo zupełnie mi nieznany, a nazywa się NIENAWIŚĆ. Nienawiść do osoby. Ja do tej pory nie wiedziałam co to jest nienawidzić kogoś. Zainspirowana opowieściami koleżanek już bardzo dawno zadałam sobie to poważne pytanie, kogo ja nienawidzę? Myślałam długo, a potem przez wiele lat robiłam rewizję rzeczywistości - kogo JA nienawidzę? Otóż nie było takiej osoby na świecie, żyjącej czy już od dawna nie, którą obdarzyłam tym niespotykanie ciężkim uczuciem, nie było ani jednej takiej osoby. Zaden Hitler, Stalin, Kuba Rozpruwacz, wujek Zdzisiek czy Elon Musk, a nawet taki jeden Konrad którego przecież powinnam nienawidzić bo uczynił mi wiele krzywd w czasie młodzieńczym, nikt nie był wart mojej nienawiści. Aż do teraz. Kiedy przeanalizowałam swoje życie, żeby odnaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego jest mi tak źle, co to za choroba, która ciągnie mnie do ziemi i zżeraz mnie żywcem każdego dnia, co jest ze mną nie tak??? I wtedy wszystko zaczęło się sprowadzać do jednego puktu, i zrozumiałam że, konsumuje mnie właśnie ten wielki szary groźny wilk zwany Nienawiścią. A ja go jeszcze bardzo dobrze karmię!

Czy odkrycie tej rewelacji pomogło mi wyrwać się z czarnej dziury? Jeszcze nie, ale przynajmniej pozwoliło zrozumieć, że to nie rak ale uczucie, a z uczuciami można nauczyć się żyć. Niestety jest też z tymi uczuciami tak, że jak się je latami gromadzi w starej zmurszałej szafie (bo przecież nie zamknę złych uczuć w pięknym dizajnerskim kredensie), to ta szafa kiedyś się rozpadnie i wszystkie śmieci z niej wylezą. I tylko od nas zależy jak je posprzątamy. 

U mnie jest tak, że ja się bardzo źle czuję z tą nienawiścią. Chciałabym wrócić do tego miejsca w czasie, kiedy nie żywiłam do tej osoby żadnych uczuć, ani pozytywnych ani negatywnych i było mi wszystko jedno czy jest czy jej (tej osoby) nie ma, ani mnie to grzało ani ziębiło. Ale teraz jest inaczej. Teraz chcę żeby ta osoba zniknęła, ale nie tak normalnie, pach pach przyjdzie Thanos, strzeli palcami, osoba zamieni się w proch, dmuchnie wiatr i nie ma. O nie, nie tak. Ja chcę żeby ta osoba po prostu zdechła, żeby jej się przytrafiło coś najgorszego, a w czasie przytrafiania żeby tej osobie wyświetlił się mentalny film ze wszystkimi świństwami które popełniła, ze wszystkimi wstrętnymi uczynkami i podłościami, których się dopuściła, a ja bym tam stała i patrzyła, i czekała aż ta osoba uzna swoje winy i w ostatnim tchnieniu wyszepcze: Przepraszam. I tego właśnie bym chciała...

Ja nie jestem złą osobą. Odkrycie nienawiści w sobie mnie przeraża, wiem że pomogłoby mi przebaczenie, ale jeszcze bardziej przeraża mnie to że ja nie chcę wybaczenia. I nawet smażenie tej osoby w piekle nie wydaje mi się wystarczającym usprawiedliwieniem do miłosierdzia. Jedynym odkupieniem tej osoby byłoby przyznanie się do popełnienia win, a przeproszenie zadowalającym zadośćuczynieniem. A to się nigdy nie wydarzy. I świadomość tego mnie dobija. 

Jestem na wojnie ze swoim sumieniem. 

Proszę Was o komentarze. 

wtorek, 1 lipca 2025

Od pogody do wybaczenia

Pogodę mamy bardzo dziwną w tym roku. Zimy właściwie wcale nie było, było co prawda zimno i chyba mokro, ale nie dam głowy bo nie pamiętam. Śnieg padał raz czy dwa, ale taki, że stopniał zanim doleciał do ziemi, najzimniej było może z minus dwa stopnie. A może inaczej ale też nie pamietam. Wiosna przyszła o czasie, nawet było w marcu jak w garncu i kwiecień plecień bo przeplata trochę zimy trochę lata, ale ani zimno, ani ciepło, ani słońce ani deszcz. Po raz kolejny pojawiła się susza, i to w czasie kiedy była jak najmniej pożądana, bo w czasie kiełkowania i wzrostu. Z powodu suszy bardzo szybko pojawiły się mszyce i zamiast zjadać normalne kwiatki, tak jak zwykle róże i stokrotki, to zaczęły wpieprzać kwiatki na jedynym kwitnącym drzewku w okolicy, jakim była moja jabłonka. Zanim się zorientowałam, opędzlowane zostały niemal wszystkie młode listki razem z kwieciem. Opanowałam sytuację w trzy dni, traktując drzewko wodą z Karchera ale było już za późno na uschłe zawiązki i wszystkie opadły. I tak, na drzewku, z którego co roku miałam po trzydzieści kilogramów pysznych jabłek (chyba, nie ważyłam ale dużo), z którego piekłam ciasta co tydzień, upychałam po słoikach żeby było na szarlotkę zimą, a nawet z powodu przesytu wyciskałam soki maszyną, którą kupiłam specjalnie do tego celu, bo co zrobić z taką górą jabłek, a sasiadom się już przejadło, i tak pozostało mi dosłownie, bo policzyłam, PIĘĆ jabłek. Będzie może cztery, bo jedno zaczęły mi już podlizywać ptaki. To jest największa porażka urodzajowa odkąd pamiętam. No ale trudno, nic się już nie da zrobić, może znajdziemy gdzieś jakąś dziką jabłonkę w celu zdobycia paru owoców :-) Nie lubię kupować owoców jak rosną świeże i proszą o zerwanie. 

24 maja zaczął padać deszcz, wiem bo 23 maja wyjechaliśmy na wakacje i telefon pokazywał nam kiedy w domu pada. Spokojnie, nie jakieś wielkie ulewy ale wystarczyło żeby mi ogród nie zdechł zupełnie kiedy oddawałam się rozkoszom nic-nie-robienia. Kiedy wróciliśmy w czerwcu, było troszkę deszczu, ale raczej mniej niż więcej. I tak to się odbywa do tej pory - telefon pokazuje że będzie padać, no to pokropi na tyle że włosów nawet nie zdąży zmoczyć, czasami więcej ale na szczęście w nocy. Ale ogólnie jest sucho, szczególnie jak na Szkocję. I gorąco. W weekend było całe 26 stopni. Wiem, wiem, śmiejcie się ale na Wyspach Zielonego Przylądka koło Afryki też było 26 stopni, a czasami nawet 24. Zresztą, teraz jest tam taka sama temperatura. Oczywiście w cieniu, żeby było sprawiedliwie. Szkockie słońce jest bardzo zdradliwe, świeci długo i potrafi być bardzo uciążliwe, więc siłą rzeczy próbujesz się ukryć w cieniu. A w cieniu zimno. No i tak to, człowiekowi nigdy nie dogodzisz. 

Na szczęście na działce mamy zatrzęsienie malin, porzeczek i agrestu, poziomek, truskawek trochę mniej ale to dlatego, że stare krzaki. Zaczyna się wysyp ogórków, i to dosłownie. Dużo, dużo ogórków, nie do przejedzenia, ale też nie do kiszenia, bo takich kiszeniowych tutaj nie mamy. Pomidorów będzie mam nadzieję też dużo, bo pomidory bardzo lubię. Ale największy sukces być może, nie chcę zapeszyć, ale będę miałą z chili. Posadziłam 6 krzaczków zakupionych w marcu jako maleństwa w centrum ogrodniczym, a także dwa które wyhodowałam sama z ziarenek, z paczki nasion, którą kupiłam w zeszłym roku w Turcji. Wszystkie mi rosną, wszystkie kwitną, a na trzech krzaczkach mam już nawet papryczki, na jednym w dodatku całkiem spore. Bardzo lubię ostre papryczki, dodaję je do wielu potraw i wcale nie musi wykręcać jęzora ja drugą stronę, wystarczy umiar. Tak że wyczekuję z niecierpliwością, szczególnie tych tureckich, które miały fajne niebieskie ziarenka.  

Pogoda jest dziwna tego roku. Właśnie dostałam rachunek od odbiorcy prądu, tak właśnie, od odbiorcy bo mam panele słoneczne na dachu i płacą mi za generowanie elektryczności i potencjalne odsprzedawanie jej do sieci, teraz już takich dili nie ma ale ja się jeszcze załapałam na najlepszy moment i nie tylko mam prąd za darmo ale jeszcze mi za niego płacą i będą płacić jeszcze przez kolejne 10 lat. No i rachunek od odbiorcy za drugi kwartał tego roku jest około 20 procent wyższy niż kiedykolwiek. Czyli słońca było o 20 procent więcej. Nie zrozumcie mnie źle, panele słoneczne produkują energię nawet gdy dzień jest pochmurny, ale statystyki nie kłamią, słońce operuje mocniej więc jest cieplej. A co za tym idzie, suszej. Co prawda jeszcze nie mamy tak ulewnych deszczów i nawałnych burz jak w Polsce i w ogóle w Europie, ale kto to wie co będzie za parę lat. Wszystko zmienia się bardzo szybko, trudno nadążyć, a co dopiero się przyzwyczaić. 

I tak wyszedł mi post o pogodzie, a zasiadłam przed komputerem żeby napisać coś o śmierci pewnej osoby, która przyczyniła się do tego, że przestałam pisać, że przestało mi się chcieć. Że straciłam serce do blogowania, zaufanie do ludzi w sieci, poczułam się oszukana, wykorzystana, zmanipulowana, i ogólnie wydymana. I teraz ta osoba umarła i ma mi być przykro, chociaż ani tak naprawdę wcale jej nie znałam, ani moje negatywne uczucia do niej nie wygasły. Ale terapia uświadomiła mi, że to od mnie zależy jak pokieruję swoim życiem i ode mnie zależy jak odniosę się do danej sytuacji. Nie chcę gnić w odrazie i zniesmaczeniu. Wybaczam Ci Stardust, spoczywaj w spokoju. I jest mi z tym dobrze. 



wtorek, 4 marca 2025

Za dwa tygodnie minie pół roku.

Jak to dziwnie, że dokładnie miesiąc temu, 4 lutego napisałam ostatniego posta i wtedy też był wtorek. 

Wbrew pozorom, dzieje się u mnie bardzo dużo, chociaż tak naprawdę nie dzieje się nic. Jak to? - pomyślicie. A tak to. Nie mam siły ani ochoty na nic, więc wszystko zajmuje mi o wiele więcej czasu niż normalnie by zajęło, a poza tym staram się robić jedną rzecz na raz. Znaczy, jedna rzecz dziennie mi zazwyczaj wystarczy. Zacznijmy od wstania. Na początku było ciężko z życiem, ze wstaniem z łóżka po nocy, więc przez jakiś czas zajmowałam się tylko wstawaniem. A reszta się robiła sama, albo się nie robiła, kogo to obchodzi. Jak już opanowałam wstawanie, to przyszła kolej na poranne mycie. To z kolei nie było trudne, bo jakoś tak się składało ze wstawaniem więc szybko opanowałąm to jako całość. Do tego dochodzą tabletki, ale ich nawet nie liczę bo je brać muszę, a wszystko poza tym jest tylko dodatkiem do życia. Jeśli chodzi o mycie, to najgorzej mi szło z myciem zębów, tym porannym bo wieczorne jakoś się samo działo, ale normalnie w ciągu dnia po prostu nie pamiętałam, albo nie zwracałąm na to uwagi. A przepraszam, mycie włosów było najgorsze. Ciągle jest. Odkąd wóciłąm do pray to staram się dwa razy w tygodniu, ale czasami nawet tego mi się nie chce. 

Tak normalnie, jak już opanowałam wstawanie z łóżka i mycie się z nakładaniem kremu, to trzeba było zająć się jedzeniem. Z tym nie szło mi najlepiej także. Ale chyba gorsze od jedzenia było picie. A może nie, teraz już nie wiem bo wciąż zapominam o jednym i drugim, a nawet jak ciało się domaga to mi się nie chce. Ale i tak przytyłam na zimę, czyli normal. Czekoladki i alkohol robią swoje, żeby skały srały to dupa i tak urośnie. Szczególnie jak się kompulsywnie wchlonie półkilową paczkę czekoladek Lindt w trzy dni. I zapije trzema wódkami z colą. I tak ileś razy. 

Ćwiczenia fizyczne? Jakie ćwiczenia? Po raz pierwszy wyszłam z domu po dwóch miesiącach, wieczorem, w kozakach i czapce. Powiem, że byłam zdziwiona, że ludzie na mnie nie patrzą, nie szeptają, nie pytają. W sumie to ich rozumiem, przecież nic o mnie nie wiedzą. Zrobiłam sobie jogę, raz czy dwa. Ciało się domaga jakiegokolwiek szacunku, ale ja z uporem nie i nie. Jem pikantną zupkę chińską na obiad i zagryzam paczką popcornu. Czipsy też lubię. I pączki, oj jak ja lubię pączki, szczególnie Crispy Creme, ale są drogie więc najczęściej zadowalam się czteropakiem z pobliskiego sklepiku. W sumie tam też trzeba dojść, więc codzienne spacery do sklepiku stały się rytuałem, nie ważne czy kupię coś w promocji czy nie. 

Życie sprowadza się do podstawowych czynności życiowych, żeby z głodu nie zdechnąć i żeby... chyba tylko tyle. Niby odżywam jak wnuki na weekend przyjadą, ale tak naprawdę to bardzo się tym stresuje. A po ich wyjeździe stresuję się jeszcze bardziej, że już ich nie ma. Ale kręci się ten świat, ze mną, beze mnie, jakie to ma naprawdę znaczenie. Stoimy na granicy wojny, coraz częściej myślę żeby zacząć kompletować zapasy. 

Zaczęłam terapię...

wtorek, 4 lutego 2025

I to dlatego

Po tym, co mi się w ostatnim roku przydarzyło, coraz częściej zastanawiam się nie jak, ale po co żyć. A jednocześnie pragnienie życia jest tak silne, że z żalem myślę o tym, że za jakiś czas mnie już nie będzie. Świat tak pędzi do przodu, to co do niedawna było tylko sajens fikszyn teraz staje się rzeczywistością, coraz to nowsze technologie wyłażą nam co chwilę z lodówki. A jednocześnie mam wrażenie, że jesteśmy wszyscy w czarnej dupie i wkrótce to wszystko p**dolnie i się wreszcie skończy. Nie mam już złudzeń, wiem że kończy się nasza cywilizacja, ale jednocześnie chciałabym byc świadkiem tego co potem. Tylko czy na pewno? 

Na razie czas się dla mnie jakby zatrzymał. Staram się żyć jakoś, krok po kroku, dzień za dniem, jedna rzecz na raz. Grudzień minął prawie niezauważony, Sylwester bez nadziei, styczeń bez postanowień i wyrzeczeń. Praca bez entuzjazmu, dom bez czułości, plany bez przyszłosci. Wiecie co? Nie chce mi się więcej pisać i na tym zakończę. Chciałąbym tylko, żebyście wiedzieli, że jestem, że żyję i że pamiętam. I że szkoda mi zmarnować te 13 lat odkąd tu z Wami jestem. 

I tylko tak na zakończenie, jeśli pozwolicie, podzielę się z Wami piosenką, która rozrywa mi serce za każdym razem, kiedy jej słucham. A ja nie chcę posklejać swojego serca. I dlatego jej słucham. 



środa, 4 września 2024

Kot to nie pies choćby nie wiem jak

Ja powinnam pisać na bieżąco, kiedy tylko znajdzie się temat. A tematy znajduja się przecież co chwila. Tylko mi się nie chce, bo brakiem czasu się nie mogę wymawiać, kiedy każdą wolną chwilę spędzam na układaniu puzzli.  

Kilka dni minęło, trochę się uspokoiłam ale co mi w duszy siedzi teraz wyleję na tego oto bloga. 

Taka sytuacja. Siedzimy sobie w grupie, znajoma (Polka) pokazuje znajomej (Szkotce) filmiki na telefonie, normalne w tych czasach. Przekrzywia telefon, żebym i ja widziała, przeciez siedzę tuż obok. Na ekranie nagranie, na nagraniu dwa kotki, takie podrośnięte kiciusie po kilka miesięcy każdy. Kotki skaczą, wydurniają się, ale co chwile słychać na nagraniu "seat"(siad) i ręka z chrupeczkiem. Znajoma Polka wyjaśnia co widzimy. Otóż kupiła dwa kotki. I ona je tresuje, tak jak się tresuje pieski. Specjalne Abisyńskie te kotki kupiła bo podobno szybciej się uczą, i w ogóle kotki Abisyńskie są jak pieski. 

Nawiązała się dyskusja, bo oczywiście każdy ma coś do powiedzenia na temat kotów. Więc ludzie opowiadają, jak to ten kot zrobił to, a tamten nie zrobił tamtego, a jakie to koty są niezależne i nietrenowalne. No ale jej koty to są Abisyńskie a ta rasa to przecież tak jak pies. Pytam, czy nie lepiej by było mieć psa skoro widać, że chce mieć psa. Ona, że ona to właściwie jest psiara i że zawsze miała psy, ale teraz przy dzieciach i w ogóle, to wyszło jej, że łatwiej mieć kota. No i dlatego te Abisyńskie bo przecież są jak pies. Dwa, żeby byo raźniej. 

Aha. Spoko. A ona, że teraz to je tresuje chodzenia na smyczy. Bo będzie z nimi chodzić na smyczy na zewnątrz. Na to ja, że sorry, nie usłyszałam, czyli rozumiem że masz mieszkanie? Nie, dom z ogrodem, odpowiada ona. Pytam czy nie lepiej byłoby wysterylizować i wypuszczać swobodnie? Ona nie będzie ich sterylizować, dlatego wzięła kotki są żeńskie, dwie siostrzyczki, dlatego będą chodziły na smyczy. Bo ona nie chce żeby coś do domu przyniosły. W znaczeniu kocie dziecka. 

Tu już widzę, że mam większe wsparcie w grupie, ktoś tam opowiada jak kotki strasznie się męczą w czasie rui, że to jest trudne do patrzenia. Kilkanaście dni nieustannego miauczenia, ocierania się, tarzania i kucania. Że to trudne dla kotek i dla właścicieli. Ona że słyszała, że Abisyńskie kotki znoszą ruję znacznie lepiej od innych i że na pewno u niej tak nie będzie. A poza tym to jest już postanowione, bo ona po prostu wierzy, że zwierzętom powinno się umożliwić życie naturalne, tak jak zostały do niego stworzone. OK. Na tym jakże fundamentalnym argumencie zakończyłam dyskusję. 

Nie dodałam, że najlepszym sposobem dla kotki na te uciążliwości jest sterylizacja właśnie. Nie dodałam, że wykastrowane koty dłużej żyją, że kotki po sterylizacji wolne są od ryzyka częstych chorób układu rodnego, jak ropomacicze, nowotwór jajnika czy listwy mlecznej. Że zatrzymanie cyklu rujowego eliminuje niepożądane zachowania (głośne wokalizowanie, znaczenie terenu, ucieczki). Że wysterylizowana kotka nie ma wahań hormonalnych a co za tym idzie, jest mniej narażona na stres czy spadek odporności. I również nie dodałam, że obawy opiekunów dotyczące zwiększonego ryzyka chorób dróg moczowych i przyrostu masy ciała po sterylizacji nie są jednak konsekwencją zmiany równowagi hormonalnej w organizmie zwierzęcia, lecz nieodpowiedniej diety i braku aktywności. Jeżeli będziesz przekarmiać kota, dawać mu śmieciowe jedzenie, a co najgorsze, resztki ze stołu czy popularne mleko, a w dodatku nie zapewnisz odpowiedniej dawki ruchu, to każdy kot będzie w końcu otyły i przez to narażony na rozmaite choroby. Nie mówiąc już o stresie, który dla kotów bywa zabójczy. I uwierzcie mi, wiem co mówię, bo mam wysterylizowaną kotkę w wieku dwunastu lat (tak, Migunia ma już dwanaście lat!), która od osiągnięcia dojrzałości waży dokładnie trzy kilogramy, czasami dziesięć gram więcej, ale to zależy kiedy robiła kupę. Nigdy w życiu nie chorowała, a zęby ma wciąż w doskonałym stanie. Może taki mi się egzemplarz trafił, ale ja wiem, że to jest po prostu zasługa obługi kota od najmłodszych lat.

Nie zadałam znajomej pytania, które miałąm dosłownie na końcu języka. Czy głosowała na PIS. No bo co za hipokryzja. Z jednej strony ona ma takie bardzo ekologiczne podejście do przyrody i naturalistyczne podejście do rozmnażania, a z drugiej strony z kota chce zrobić psa. I to jest całkiem wbrew naturze. Tak jak z wróbla nie zrobisz orła, z zająca nie zrobisz tygrysa, tak i z kota nie zrobisz psa. 

W ogóle drażni mnie takie przekonanie, że się ma rację bo się coś usłyszało albo coś gdzieś w internecie napisali. Sprawdziłam. Owszem, napisali w internecie, że niejaka brytyjska lekarka weterynarii o imieniu Joan Olive Joshua rzeczywiście powiedziała, że:

„Psie przywiązanie do właścicieli” Abisyńczyków powoduje większe uzależnienie od kontaktów międzyludzkich”. Kontrastuje to ze zwykłą tolerancyjną akceptacją ludzkiego towarzystwa kotów,  opartą na wygodzie, jaką wykazuje wiele innych ras.Ze względu na zainteresowanie zabawą z właścicielami w połączeniu z ciekawą inteligencją, koty Abisyńskie nazywane są „klaunami z królestwa kotów”.

Ale to jest trochę wyjęte z kontekstu. Rzeczywiście, według różnych artykułów któe przeczytałam, "psie przywiązanie do właściciela" jest cechą charakterystyczną kilku kocich ras (Abisyński, Birmański, Manx, Ragdoll i Maine Coon). Koty te wymagają uwagi i wykazują depresję, jeśli zbyt często pozostają same. Niektóre pozytywnie reagują na szkolenie chodzenia na smyczy. Koty Abisyńskie często wykazują zainteresowanie wodą, a nie strach przed nią, a także często wspinają się na swoichj właścicieli i siadają im na ramieniu. Koty Birmańskie stale "wypowiadają się" głośniej niż inne rasy, Manxy potrafią przychodzić do właściciela wołane po imieniu, a także wspinać się po przeszkodach i zakopywać różne rzeczy. Niektóre Ragdolle potrafią "przynieść piłeczkę" a Main Coony mają tendencję do posłuszeństwa. Wszystkie wyżej wymienione szukają fizycznej bliskości z właścicielem i podażają za nim krok w krok. Mówi Wam to coś??

Prawda jest taka, że każdy kot to potrafi. Założenie, że koty są zdystansowane od ludzi i brakuje im uczuć w porównaniu z psami, jest założeniem fałszywym. Zwierzęta mają indywidualne cechy zależne od ich środowiska, w szczególności ich przeszłych interakcji z ludźmi. Te szerokie cechy nie są specyficzne dla żadnej konkretnej rasy, ponieważ to wychowanie zwierzęcia jest najważniejszym czynnikiem w budowaniu jego charakteru. Pozytywna interakcja z człowiekiem w pierwszych miesiącach życia jest szczególnie istotna, dobrze wychowane kocięta często wykazują przywiązanie do ludzi i sympatyczną, łagodną naturę, niezależnie od rodowodu. 

Oprócz uogólnień związanych z rasą, zachowanie konkretnego kota można ocenić na podstawie jego powściągliwości w używaniu pazurów podczas zabawy, tendencji do podążania za ludźmi oraz doceniania bliskiego i częstego kontaktu z ludźmi. Wszystkie koty są "psami". Pisałam o tym na blogu tutaj i tutaj, a tutaj napisałam poradnik dla tych, którzy się wahają czy chcą mieć kota. Są na Fejzbuku zdjęcia Tigusia chodzącego z nami na spacery, na blogu bardzo dużo jest o Tigusiu i Migusi i o tym, w jakim stopniu kot zachowuje się jak pies, ale w ogóle co to za dyskusja. Przecież zwierzę to zwierzę. Szczurek też przychodzi do właściciela na zawołanie. Koń, krowa, świnia. Nawet kura. Czy to oznacza że są psami?? 

Prawda jest też taka że pies jest psem a kot jest kotem. Jak ktoś nie potrafi zaakceptować, że kot skacze i załatwia sie do kuwety, to najlepiej niech nie bierze pod opiekę żadnego zwierzęcia, bo zaraz się okaże że pies nie może szczekać. A jak ktoś mówi, że lubi tylko psy a nie lubi kotów (albo vice versa), to też nie powinien mieć żadnego zwierzęcia. Znałam takich. Na szczęście okazało się, że kłamali. Bo jak ktoś lubi zwierzęta to lubi zwierzęta. Wszystkie bez wyjątku. Ament. 


środa, 21 sierpnia 2024

Dwa razy M czyli o Mediach (socjalnych) i Menopauzie

 Jeju jeju, trzy miesiące minęły od ostatniego posta, w którym chwaliłam się, że  zaczęłam niby wracać do "normalnego" życia. W planach miałam tak wiele, pisanie na blogu, książki, artykuły, wywiady. I co? I jajco. Nawet przestałam czytać cudze blogi. Długo zastanawiałam się, dlaczego nie robię tego co tak kiedyś lubiłam i na co przez wiele lat pracowałam, po czym wśród wielu przyczyn znalazłam dwie główne - social media i... menopauza. Na istnienie ich obu nie mam wpływu, natomiast mam wpływ na to, jak sobie z tym zacząć radzić.

Zaczęłam od menopauzy. Wypowiedziałam jej wojnę. Długo negowałam piętrzące się objawy i polemizowałam z lekarzami, że skutki nie są determinowane przez przyczyne. W międzyczasie zaczęłam zapoznawać się z wrogiem, w myśl zasady "Sztuki wojny" Suz Tzu, która mówi, że kto zna wroga i zna siebie, odniesie zwycięstwo w prawie każdej bitwie. Zaczełam to zapoznawanie niefrasobliwie i dość głupawo zresztą, jak się później okazało, od sięgnięcia po książkę Agnieszki Maciąg o menopauzie. Pierwszy rozdział - och i ach, jak pięknie, tak tak, mhmmmh, to naprawdę mądre. Ale im głębiej w las tym bardziej zaczęły mnie niepokoić wypierdy o joginach, medytacjach i homeopatii, a także porady co i kiedy jeść, ale wisienką na torcie była wyraźna krytyka medycyny konwencjonalnej i hormonalnej terapii zastępczej. Cóż, książki nie dokończyłam i doszłam do wniosku że nie będę już więcej sięgała po źródła celebrytek, którym się wydaje, że rozumy pozjadały bo dorobiły się kasy na ogłupianiu ludzi i mają tak zwane zasięgi. Wyjątek zrobiłam dla Katarzyny Nosowskiej, ale ona nie doradza w swoich książkach. 

Wracajmy do wroga. Zaczęłam poszukiwać prawdziwych informacji, czyli tych z naukowym źródłem. Znalazłam wiele, naprawdę wiele rzetelnych artykułów, stron różnych fundacji i for internetowych i stwierdziłam, że nie jestem sama, że jest wiele kobiet takich jak jak, które też tych informacji poszukują bo też się z tym samym wrogiem borykają. I wiecie co? Okazuje się, że dopiero teraz, w latach dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku zaczęto otwarcie rozmawiać na ten, wciąż krępujący dla niektórych temat. Ja skrępowana żadnymi tematami nigdy nie byłam, bo naprawdę nic co ludzkie nie jest mi obce i mogę rozmawiać na różne tematy, a tym bardziej gdy trzeba szerzyć wiedzę, tę naukową a nie od Goździkowej i wujka Staszka. I ze zdumieniem zauważyłam, że jest wciąż wiele kobiet, które nie chcą na ten temat rozmawiać. No trudno, z koniem kopać się nie będę, każdy sobie robi jak chce, jedni chcą rozmawiać inni nie, nic mi do tego. 

Dziwnym trafem w pracy zorganizowano wtedy szkolenie pod tytułem "Jak radzić sobie z menopauzą". Było zorientowane głównie na managerów, żeby mieli świadomośc jak rozmawiać z pracownikiem(cą) przechodzącą trudny okres tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Nie będę o tym teraz się rozwodzić bo to nie o tym temat, powiem tylko szkolenie że otworzyło mi oczy na wiele spraw, na które, nawet jako kobieta nie zwracałąm zupełnie uwagi. 

Tak więc, doszkalając się, czytając, rozwijając wiedzę, pytając, rozmawiając, uznałam, że wroga już poznałam na tyle dostatecznie, żeby nie polec w walce. Ale wciąż negowałam jego istnienie. Uległam, kiedy padł ostatni bastion obrony czyli specjalistyczne badania w szpitalu. Postanowiłam, że wróg jest u bram i natychmiast coś z tym trzeba zrobić czyli jak nie pokonać to pokochać, a przynajmniej oswoić i zaakceptować. Zmieniłam koncepcję odżywiania, czyli niczego sobie nie odmawiać ale wszystko z umiarem. Jednych rzeczy jem mniej innych więcej i jem wtedy kiedy mój organizm się tego domaga a nie 5 razy dziennie bo trzeba. Stosuję więc tak zwany post przerywany, czyli jem gdzieś tak od 11 rano do 19-20 wieczorem w normalne dni. Z tym postem to było mi bardzo na rękę, bo kiedy o tym pierwszy raz przeczytałam, zrozumiałam że przecież ja tak żyję w weekendy praktycznie całe dorosłe życie. W dni pracowe jadłam śniadania bo trzeba, ale w weekendy i inne dni wolne wypijałam rano kawę i mi wystarczyło do obiadu czyli lunchu. Stało się jasne, że ja tych śniadań po prostu nie potrzebuję i eksperymentalnie przestałam je jeść. Jedyny wyjątek, że w pracy około 11 rano zawsze zjadałam jakieś owoce to i teraz zjadam. Dlatego, że jakbym tego nie zrobiła to już bym ich nigdy w ciągu dnia nie zjadła. bo ja owoce mogę tylko rano. A jakieś owoce trzeba jednak jeść. Taka karma :-) 

Wprowadziłam suplementy, nie dużo, tylko kolagen i olej MCT. O ile kolagen chyba pomaga o tyle olej nie wiem, skończę butelkę i zobaczę. Być może nie robię tego jak powinnam, bo sugerowane jest zwiększanie dawki zarówno kolagenu jak i oleju w miarę upływu czasu, ale ja pozostaję na najmniejszej, bo uznałam że nie będę się "uzależniać" a poza tym mam wrażenie, że taka sugestia to tylko chwyt marketingowy. I dobrze mi z tym. 

Dalej robię jogę, już nie w takim zakresie jak w czasie i zaraz po pandemii, ale oprócz tego ćwiczę aerobowo co najmniej raz w tygodniu, tak żeby się spocić i zmęczyć. W badmintona nadal gram ale ostatnio rzadko bo było lato a ja w lecie w zasadzie tego nie robię. Nie wiem jak to będzie w przyszłości, bo szykuje mi się operacja stopy, ale na razie jest jak jest. Staram się nie denerwować, chociaż wiadomo jak z tym jest, niektórych nerwów nie da się uniknąć. Alkohol piję ale w niewielkich ilościach i raczej okazyjnie, na razie lubię sobie od czasu do czasu posmakować jakiegoś drineczka. Chociaż zaczęłam się zastanawiać, czy nie rzucić tego w cholerę i mieć spokój. 

No i to tyle z oswajaniem wroga. Nie wspomniałam jednak o najważniejszym, czyli HRT, po polsku zastępcza terapia hormonalna. Zdecydowałam się na nią, bo o ile uderzenia gorąca w ciągu dnia mogłam jeszcze strawić, o tyle w nocy było to nie do zniesienia. Wiem, że istnieje ryzyko (jak ze wszystkim), ale korzyści przeważają w stopniu miażdżącym, więc na razie uzupełnienie hormonów w połączeniu ze zmianą stylu życia i aktywnością fizyczną mi służą i dobrze mi z tym wszystkim idzie. 

No to teraz przejdźmy do drugiej przyczyny mojego marazmu - Social Mediów. Ta sprawa jest bardzo skomplikowana, bo z jednej strony to jest bardzo przydatne i potrzebne narzędzie, a z drugiej strony ogłupiające i wyniszczające. Naprawdę, wiele książek możnaby o tym napisać i z pewnością wiele już powstało. Ja "istnieję" na Facebooku i Instagramie, zarówno prywatnie jak i ekhem(!).. profesjonalnie, mam też konto na Twitterze czyli X, ale nawet na to nie wchodzę, na całe moje szczęście nie mam konta na TikToku i nie zamierzam mieć. Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że główną przyczyną mojego wycofania się z blogowania w 2020 roku był... inny blog. Zostałam wmanipulowana, albo raczej sama się wmanipulowałam we współpracę blogową z kilkoma osobami, a współpraca, pomimo że dobrowolna i niewymuszona, zaczęła się przeradzać w napominanie i ponaglanie połączone z bardzo niefajnym krytykowaniem przez osobę zarządzającą blogiem, z rodzaju tego zahaczającego o bullying. Gdy miarka się dla mnie przebrała, opuściłam towarzystwo i wycofałam się z życia blogowego. Tak, pomimo że to wszystko działo się w przestrzeni internetowej, więc niejako wirtualnie, czyli niejako nierealnie, w grę weszły osobiste ludzkie uczucia, które zostały bardzo zranione i trwało bardzo długo zanim się pozaleczały jako tako. Szkoda mi kontaktu, nawet tego wirtualnego, z niektórymi osobami, ale one wiedzą jak mnie znaleźć gdyby co. 

Uciekłam więc z budyniowego świata, od czasu do czasu coś tam wrzucając żeby nie zostać zapomnianą, rok temu jakby zaczęłam ponownie z nową weną ale potem umarł Tato i świat się poprzestawiał. A ja przeniosłam się na Youtuba, bo było mi łatwiej robić coś i słuchać co tam gadają niż siedzieć i czytać, co ludzie mają do przekazania na blogach. I tak, od filmiku do filmiku, czas leci a ja zamiast pisać to słucham i słucham, a w głowie mi się kotłuje i przewala, do tego stopnia że czasami zrywam słuchawki bo nie mogę znieść tego ciągłego jazgotu i tych wypierdzin, tego gówna, którym niektórzy youtuberzy i inni celebryci nas karmią. I wtedy wsłuchuję się w ciszę, a cisza uspokaja.

Czy Youtube to social media? W sumie to chyba nie, bo jest to platforma do dzielenia się nagraniami, ale czy ma oddziaływanie socjalne? Na pewno tak, przecież ludzie oglądają te filmiki, a większość z nich jest zrobiona profesjonalnie i ma znaczenie wyłącznie komercyjne zorientowane na zarabianie pieniędzy i jeśli nam jeden z drugim youtuber wmawia, że on/ona założył/założyła ten kanał wyłącznie po to, żeby być niezależnym i żeby przekazywać treści, jakie on/ona uważa za ciekawe i ważne, to wiedzcie, że to jest bullshit mający nas przekonać do subskrybowania, zostawiania lajków i komentowania, a co za tym idzie do zwiększania zasięgów, a co za tym idzie - kasy.  I o ile nie jest niczym złym zarabianie pieniędzy, nawet na Youtubie, to jest złym demoralizowanie społeczeństwa poprzez przekazywanie szkodliwych informacji i promowanie gówna zawiniętego w złoty papierek. I równie złym, a nawet ohydnym jest udział korporacji w robieniu z patologii milionerów i szerzenie tej patologii jeszcze bardziej. 

Wiemy już, że Instagram to wylegarnia patologii i udawany świat, Fejzbuk wydaje się wciąż być nieco bardziej przyziemnym medium, ale jednak coraz częściej zdarzają się przypadki cenzury wartościowych treści, bo algorytmowi się coś nie podoba. Nie będę długo szukać, dwa szybkie fakty z własnego podwórka. Gosi z Za moimi drzwiami zamknięto kanał, bo "promowała nielegalny handel zwierzętami", a mnie osobiście usunięto post z lutego, w którym napisałam o śmierci ojca. Bo algorytm uważa że post jest nastawiony wyłącznie na osiągnięcie lajków. Co chwilę widze rozpaczliwe posty ludzi, którym algorytm bez skrupułów usunął ważnie społecznie czy osobiście treści, a jednocześnie ten sam algorytm nie ma problemów z pozostawieniem treści obraźliwych lub promujących nienawiść. Żałosne po prostu. 

Zdywagowałam się trochę, wybaczcie :-) Chodziło mi o to, że te ogłupiające media zaczęły mi zajmować coraz większość część czasu a ja zamiast zabrać się za to co lubię robić, zajmuję się denerwowaniem na głupotę ludzką. Ciężko się z tym walczy, to jest uzależnienie i nie jest łatwo od tego uciec. Szczególnie gdy się chce promować własny blog, który zarasta mchem i paprocią. Tak więc, nie ucieknę od mediów społecznościowych ale od jakiegoś czasu ograniczyłam już Youtube i może mi to pomoże w kontynuowaniu bloga. Trzymajcie kciuki. Jeśli jeszcze chce Wam się czytać :-)

środa, 22 maja 2024

Iwona pastwi się nad sumieniem, moralnością i normalnością

Jest już maj, a właściwie się już kończy. Powoli, powoli wracam do "normalnego" życia. W momencie gdy to piszę, zastanawiam się, jak zdefiniować "normalność" w tym przypadku. Według Słownika Języka Polskiego PWN:

normalność

1. «bycie normalnym, zgodnym z normą»
2. «zdrowie psychiczne i fizyczne»
3. «życie toczące się według ustalonych, znanych praw i zwyczajów»

Definicji Wielkiego Słownika Języka Polskiego czy Wikipedii nie będę przytaczać, bo są zbyt obszerne i niewiele wnosza do moich przemyśleń. Pozostaję więc z tym co powyżej. Punkt pierwszy w całości odrzucam jako eufemizm, w ogóle co to jest za denificja, określająca normalność jako bycie normalnym? Normalnym czyli JAKIM? Wydaje się, że na to pytanie najbardziej może odpowiadać punkt trzeci, czyli być normalnym to żyć według ustalonych, znanych praw i zwyczajów. No OK, ale ustalonych gdzie, przez kogo? Znanych komu? Możemy się tu oczywiście wesprzeć dziesięcioma przykazaniami, z których trzy są dla mnie do wywalenia, choć rozumiem ich obecność w zestawie. Ale od czwartego wzwyż to przecież są to po prostu przepisy na człowieczeństwo. Popełnienie każdego z nich, nawet jeśli nie jest obwarowane oficjalnymi uregulowaniami prawnymi, wiąże się z poważnymi konsekwencjami w naszych osobistych życiach oraz życiach wielu osób bliższych i dalszych, znajomych i obcych. Dlaczego? Bo jesteśmy ludźmi, a w związku z tym mamy coś takiego jak sumienie, choć wielu z nas jest określanych jako osoby bez owegoż. Co jest zdumiewające to to, że można nie mieć sumienia, bo się pastwiło nad kotkiem czy pieskiem, ale można też nie mieć sumienia żeby zadeptać karalucha. Albo nie mieć sumienia żeby dokonać eutanazji na śmiertelnie chorym zwierzęciu i czekać aż samo odejdzie, ale też można nie mieć sumienia, żeby pozwolić na męczarnie śmiertelnie chorego zwierzęcia i właśnie tej eutanazji dokonać. 

To, co napisałam powyżej odnośnie sumienia, to sprawa bardzo indywidualna, bo dotyczy moralności, a tę każdy interpretuje we własny sposób. Biorąc moralność jako podstawę definicji sumienia, możemy się pokusić na stwierdzenie, że dzięki niemu (sumieniu) potrafimy rozróżnić dobro od zła, a dzięki temu oceniać postępowanie własne i innych ludzi. Sumienie kieruje się normami moralnymi, zależnymi od otoczenia społecznego i wychowania człowieka, a czynnikiem decydującym w postrzeganiu i przestrzeganiu tych norm jest poczucie winy, które występuje, gdy uświadamiamy sobie niezgodność własnego postępowania z tymi właśnie normami.

Psychologowie ewolucyjnie twierdzą, że moralność pomagała rasie ludzkiej w przetrwaniu. Wewnętrzne przekonanie o tym, co jest dobre, a co złe, pomagało ludziom jako grupie działać bardziej spójnie i dzięki temu skuteczniej walczyć o przetrwanie. Pewien amerykański psycholog, Lawrence Kohlberg, skonstruował teorię moralnego rozwoju człowieka, klasyfikując ten rozwój poprzez trzy poziomy, każdy z nich podzielony na dwa etapy.
  • Moralność przedkonwencjonalna
Etap ten przebiega w wieku przedszkolnym i wczesno-szkolnym. Dziecko kieruje się chceniem tego, co dla niego przyjemne i unikaniem tego, co przykre.

1. Posłuszeństwo i kara – w tym stadium charakterystyczny jest egocentryzm. Reguły przestrzega się tylko po to, by unikać kary. To, czy czynność jest dobra, czy zła, określają ich skutki. Punkt widzenia i interesy innych nie są brane pod uwagę.

2. Instrumentalizm – cechuje się naiwnie egoistycznym relatywizmem. Działanie dobre to działanie, które ma na celu dobro własne, a nie innych. Potrzeby innych są brane pod uwagę, jeśli rezultat ich działania jest korzystny dla własnego dobra.
  • Moralność konwencjonalna
Rozwija się około 13-16 roku życia. Młody człowiek zaczyna orientować się w konwencjach społecznych i dopasowuje pragnienia do konwencji. 

3. Szukanie aprobaty – człowiek postępuje moralnie, gdyż jest za to nagradzany przez innych ("dobry chłopczyk/dziewczynka", prawy obywatel, dobry chrześcijanin itd.). Działania moralne, to takie, które są społecznie akceptowane i odpowiadają oczekiwaniom rodziny, czy innej ważnej grupy. 

4. Zgodność z prawem – człowiek postępuje moralnie, gdyż popiera istnienie prawa, które nakłada i egzekwuje odpowiednie normy. Pojawia się szacunek dla autorytetów oraz przekonanie, że reguły społeczne muszą być przestrzegane. Zwraca się uwagę nie tylko na motywy działania jednostki, ale również na standardy zewnętrzne.

  • Moralność postkonwencjonalna
Ujawnia się po 16 roku życia. Człowiek jest w stanie spoglądać na to, co w danym społeczeństwie jest konwencjonalne jako na konwencjonalne; może być autonomiczny moralnie, może porównywać własne zasady moralne z zasadami innych.

5. Umowa społeczna – człowiek postępuje moralnie, a to, co jest słuszne, zależy od opinii większości w danej grupie społecznej.

6. Uniwersalne sumienie – człowiek ma świadomość uniwersalnych zasad moralnych, w których istnienie wierzył Kohlberg. O postępowaniu decydują wybrane przez jednostkę zasady etyczne. Gdy obowiązujące prawo wchodzi w konflikt z tymi zasadami, jednostka postępuje zgodnie z tymi drugimi.

Wedug Kohlberga człowiek zaczyna swój rozwój od pierwszego stadium i na ogół zatrzymuje sie w rozwoju na trzecim-czwartym. Szósty i ostatni, najwyższy poziom moralności charakteryzuje się rosnącą świadomością, że jednostki są bytami odrębnymi od społeczeństwa i że perspektywa jednostki może mieć pierwszeństwo przed poglądem społeczeństwa. 
Na tym etapie rozumowanie moralne opiera się na rozumowaniu abstrakcyjnym z wykorzystaniem uniwersalnych zasad etycznych. Prawa są ważne tylko wtedy, gdy są oparte na sprawiedliwości, a oddanie się sprawiedliwości pociąga za sobą obowiązek nieposłuszeństwa niesprawiedliwym prawom. Prawa są niepotrzebne, ponieważ umowy społeczne nie są niezbędne do moralnego działania. Decyzje podejmowane są kategorycznie w sposób absolutny, jednostka działa, ponieważ jest to słuszne, a nie dlatego, że unika kary, leży w jej najlepszym interesie, jest oczekiwane, zgodne z prawem lub wcześniej uzgodnione. 
Chociaż Kohlberg podkreślał, że istnieje szósty etap, trudno mu było zidentyfikować osoby, które konsekwentnie działały na tym poziomie. Naukowiec z Touro College Arthur P. Sullivan pomógł potwierdzić dokładność pierwszych pięciu etapów Kohlberga poprzez analizę danych, ale nie mógł dostarczyć dowodów statystycznych na istnienie szóstego etapu Kohlberga. 

Tyle o moralności, a jak to sie ma do normalności? To jest temat tak głęboki i szeroki, że nie mam ani wiedzy ani możlwości, żeby się w to zanurzyć, a poza tym myślę, że filozofia jest strasznie nudna. Ale zadam sobie pytanie: Skoro moralność określa normalność, to czy znaczy to, że jeśli w czasach obecnych obserwujemy postępowanie upadku moralności, to zmienia sie także społeczna normalność? Odpowiedzcie sobie sami, a ja tymczasem pomyślę jak zdefiniować wobec tego to, co napisałam w pierwszym akapicie tego wpisu. 

Myślę, że najlepiej określi to punkt drugi, czyli normalność potraktuję jako zdrowie psychiczne i fizyczne. Otóż, domyślacie się być może, jak się czułam przez ostatnie miesiące, a jak nie domyślacie się to Wam powiem, że bardzo kiepsko. Zamknęłam się w skorupie, nie chciałam widzieć ludzi. Nawet w pracy, nie mówiąc już o zobowiązaniach socjalnych. Z obowiązku dzwoniłam do mamy jak najczęściej, choć tak naprawdę nie mogę tego uznać za obowiązek, ja po prostu lubie moją mamę i lubię jak do mnie gada i opowiada mi te różne historie, z mamą mam bardzo bliska więź, powiedziałabym wręcz, że przyjacielską. Czułam się lepiej, gdy dzwonienie traktowałam jako obowiązek, bo miałam przynajmniej czym głowę zająć. Ale poza tym to zamknęłam się na ludzi. Od świąt (Bożego Narodzenia!) nie grałam w badmintona. Nie chciało mi się ćwiczyć jogi, nie chciało mi się nawet chodzić do kina. Nie chciało mi się malować, czytać, pisać, nie chciało mi się nawet pić alkoholu, co akurat mi na zdrowie wyszło. Oczywiście wszystko to odbiło mi się na włosach i skórze. W kwietniu pojechaliśmy na wakacje do Turcji. Obiecałam sobie i Chłopu, że nie będę prowokować żadnych stresów więc nie prowokowałam. Wakacje wspominam dobrze i faktycznie, bezstresowo, chociaż zdarzyło się, że się trochę zdenerwowałam, gdy kierowca autobusu zamiast do hotelu skręcił gdzieś w druga stronę i wywiózł nas daleko poza miasto, a my mieliśmy tylko godzinę do zamówionej kolacji, ale gdy poszłam i mu powiedziałam (kierowcy), ten zatrzymał inny autobus ze swoim (chyba!) kolegą, który za darmo nas zawiózł do hotelu, więc w sumie wszystko się dobrze skończyło i nawet się nie spóźniliśmy na kolację. A zaraz po wakacjach zaczłął się z przytupem maj, w który wkroczyła moja siostra z siostrzenicą, odwiedzając nas na weekend, jakby niezapowiedziana choć z kilkudniowym wyprzedzeniem, wprowadzając chaos i zamieszanie do mojego nudnego życia, wyrządzając mi tym samym okropną przysługe, wyciągając mnie spod kamienia. Było mi bardzo przykro, gdy wyjeżdżały, bo to były bardzo krótkie odwiedziny i chciałoby sie więcej. A potem w końcu zaświeciło słońce, wyszła marchewka i pojawiły się w ogrodzie pierwsze ślimaki. Do tej pory, a minęły nieco tylko ponad dwa tygodnie, obrobiłam cały ogród, posadziłam wszystko na działce, poprasowałam i pochowałam  ciuchy z wakacji (nawet mi nie mówcie, muszę kiedyś o tym specjalnie napisać!), urządziłam Chłopu skromne urodziny, odbyłam spotkanie grillowe z przyjaciółmi, obejrzałam Eurowizję, byłam raz u lekarza, siedem razy w kinie i dwa razy na badmintonie, a wczoraj nawet zagrałam mecz! No i jeszcze ułożyłam z Chłopem, ale w sumie w większości to ja sama, puzzle z 1000 kawałków i teraz się szykuje  do ułożenia "Starry Night" Van Gogha z 1500 kawałków i to będzie czad!
No i to właśnie miałam na myśli, że wracam do normalności. A całe to filozoficzno-psychologiczne gadanie to tylko dlatego, że mnie poniosło w trakcie.

A tak na serio - to na którym etapie moralności jesteście? ;-)


środa, 10 kwietnia 2024

O grzebaniu w ziemi, czyszczeniu rur od środka i pakowaniu.

Nie czuję się najlepiej. Fizycznie jest całkiem dobrze, ale wydarzenia ostatnich 12 miesięcy rzuciły mi się na głowę i cieżko mi się żyje. Nic mi sie nie chce, do pracy chodzę żeby chodzić, z ludźmi romawiam aby rozmawiać, ale tak naprawdę nie chce mi się spotykać ludzi, wydywać ich i wydawać do nich dźwięki. Od nowego roku nie grałam w badmintona, a ciało się jednak domaga jakiegoś ruchu więc chodzę, robię joge dwa razy w tygodniu i dwa razy porządne ćwiczenia aerobowe. po których jestem wykończona ale szczęśliwa. Ale najchętniej nic bym nie robiła, siedziałą i gapiła się w ścianę. Albo leżała i gapiła w sufit. 

Najgorzej jest się za coś wziąć. Bo jak się wezmę to już jadę z tym do upadłego, tak jak w ostatnią niedzielę, kiedy w końcu była ładna pogoda. Z samego rana poszliśmy z Chłopem na działki, żeby odbyć comiesięczne prace porządkowe na komunalnym terenie, Chłop porobił do dwunastej i poszedł do domu, bo miał do uzupełnienia jakieś sprawozdanie z pracy. A ja zostałam, porobiłam jeszcze parę godzin po czym na piechotę wróciłam do domu. Nie jest daleko, jakieś trzy i pół kilometra, choć pod górkę to szło mi sie świetnie, bo wiatr był naprawdę bardzo mocny z rodzaju prawie huraganu, który to prawie huragam zawiewał mi w plecy tak, że część drogi musiałam podbiegać, żeby nóg nie pogubić. 

Potem zjadłam kanapkę na luncz, a potem wróciłąm na działkę porobić na swoim, ale zanim wróciłam to pojechałam do centrum ogrodniczego zobaczyć co się dzieje w zakresie sadzonek. Zakupiłam paczkę nasion buraków i groszku, a także 10 małych sadzonek Calabrese czyli potocznego zielonego brokuła. No i rękawiczki ogrodnicze, ale jedyne jakie miali w moim rozmiarze były białe. Wzięłam, ale do dziś sie zastanawiam kto do jasnej anielki projektuje rękawiczki do grzebania w ziemi w jasnym kolorze? 

Pojechałąm na tę działkę. Przygotowałam skrzynię do uprawy w tunelu foliowym, przewożąc ze cztery taczki świeżo przerobionego naturalnego kompostu i mieszając z tym co już w tej skrzyni było, po czym poprzesadzałam brokułki do indywidualnych doniczek i postawiłam na razie w skrzyni, żeby przesadzić za dwa-trzy tygodnie na ostateczne miejsce. Potem nawiozłam i "zaorałam" skrzynię główną, do której wsadziłam małe cebulki, wysiałam sałatę, rzodkiewkę, buraki i groszek oraz jeszcze coś, ale nie pamiętam co. Zobaczę jak wyjdzie. Zostało jeszcze trochę miejsca na fasolkę zieloną i brokułki. ale to dopiero w maju. 

I tak zrobiła sie piąta wieczorem, wróciłam więc do domu i ugotowałam obiad, jakiś tam schab z pieczarkami, ziemniakami i warzywami na parze. Najlepsze było to, że ugotowałam brokuły, ale zapomniałąm je podać i następnego dnia musiałąm kombinować co ugotować do tych brokułów. Ale to nie o tym. Bo wydarzyła się mała awaria w kanale odpływowym na zewnątrz, który się był zatkał i nie wypuszczał wody ze zlewu w kuchni. Zabrała sie więc własnoręcznie za odetkanie kanalu. Zdarzyło się to już kiedyś więc miałam już przećwiczone co trzeba zrobić, z tym że zawsze robiłam to z Chłopem a teraz miałam ambicję zrobić to sama. Otóż po odsunięciu kratki kanalizacyjnej, przy pomocy specjalnie skonstruowanego sprzętu w postaci małej uciętej butelki po coca-coli zaczepionej na długim sznurku oraz długiego cienkiego kija trzeba było wybrać całą wodę z zatkanego kanału z całym tym świństwem, które tam zbiło się w jakąś masę ne pozawalającą na swobodny przepływ. Więc buteleczkę na sznureczku popychałam kijkiem do dołu, wyciągałam syf i wlewałam go do wiadra, aż wyciągnęłam wszystko, na końcu wsypując opakowanie sody oczyszczonej i zalewając wrzątkiem. Chłop pomógł mi jedynie w wywaleniu zawartości wiadra. 

Ale to nie wszystko. Kiedy zewnętrzny kanał się udrożnił, uznałam, że na pewno rury pod zlewem nie są aż tak przepływowe jak powinny być, więc poodkręcałam wszystkie i rzeczywiście, poprzyczepiany był do nich jakiś czarny szlam. Wzięłam więc wszystkie te kawałki rur, kolanek i zaślepek, wrzuciłam do wiadra i zaniosłam to wiadro do wanny. Nie, nie myłam rur w wannie, ona tylko służyła do postawienia w niej wiadra, żeby się nie rozbryzgało po ścianach jakby co. Po czym wyczyściłam te rury od środka. Tak. I teraz mam najczystsze rury odpływowe na całej dzielni. 

Powiem tylko, że byłam całym tym dniem wykończona, ale szczęśliwa. Niestety, wykończenie nie pozwala mi spać spokojnie, więc miotałam się z boku na bok całą noc, a potem był poniedziałek i brzydka pogoda, deszcz i zimno. I zdałąm sobie sprawę, ze wyjeżdżam na wakację już w piątek, więc jeszcze kilka dni trzeba chodzić do pracy, więc kiedy sie spakuję i tak dalej. I wiecie co? Jest środa a ja jestem spakowana tylko w swojej glowie. Ech...  

No i właśnie dlatego napisałam tego posta, żeby się pochwalić :-)

czwartek, 29 lutego 2024

Ostatnie Dni

Dzisiaj minął kalendarzowy miesiąc od śmierci Taty, doładnie cztery tygodnie i trzy dni. Od zeszlego roku chorował, w sumie przecież wszyscy umrzemy, niemniej jednak był to dla nas wielki szok. Przecież nie miał raka a "jedynie" chorobę przewlekłą, z którą można żyć latami. Myślę o tym wszystkim codziennie, ja na tego swojego ojca czasami narzekałam, szczególne jak się po-PIS-ywał, i pomimo że wiele mi się w jego zachowaniu nie podobało, to tak naprawdę podziwiałam go za wiele rzeczy i tak naprawdę bardzo go kochałam, 

Opowiem Wam o ostatnich dnich życia Taty, które było mi dane spędzić przy nim i które będą mnie nawiedzać do końca moich dni. Będzie to opowieść o mnie, nie o Tacie, nie o mamie czy siostrach. Moje doświadczenie i mój punkt widzenia. A było to tak.

Na początku grudnia Tato zaczął pluć krwią. Trafił do specjalistycznego szpitala chorób pluc na cito, na konsultacje i diagnozę. Dzień za dniem mijał, Tato czuł się coraz gorzej, a najgorsze w tym wszystkim było to, że położyli go w sali z pacjentami bardzo kaszlącymi, być może zarażonymi kowidem albo inną grypą, którzy mieli w dupie, że na łóżku obok leży człowiek w sumie na tamte warunki "zdrowy" i nie przyszło im do głowy, że można zakryć usta lub odwrócić głowę, więc kaszlali sobie swobodnie w jego stronę. Opowiedział mi to Tato już będąc w domu, bardzo miał za złe szpitalowi, że dopuścili do takiej sytuacji, że człowiek zdrowy przychodzi do szpitala na konsultację, a wraca do domu na wózku podczepiony do tlenu. Według Taty to oni go tam zarazili i oni go tam wykończyli. Jak było tak było, w każdym razie Tato przestał jeść i przestał spać, jeść nie mógł bo nie mógł przełykać a nie spał, bo leżeć mógł tylko na wznak i to w pozycji siedzącej. Badanie za badaniem, prześwietlenie za prześwietleniem, konsultacja tu, konsultacja tam, przebujał się w tym szpitalu przez święta i Nowy Nowy Rok, aby w drugim tygodniu stycznia usłyszeć, że nikt się nie podejmie operacji i że tak naprawdę nie wiadomo, co z nim zrobić. Byłam w stałym kontakcie z siostrami, które były u niego codziennie i zdawały mi relację, czasami tez osobiście do niego dzwoniłam, ale nie codziennie bo chciałam go męczyć wiedząc w jakim jest stanie. Dzwoniłam też do lekarza prowadzącego, a nawet do tego konsultującego więc wiedziałam jaka jest sytuacja, ale najgorsze co było tak naprawdę to to, że lekarze albo nie wiedzieli co mu jest, albo mieli gdzieś bo człowiek starszy to i tak długo nie pożyje, albo wiedzieli i nie potrafili przekazać najprostszej informacji, że Tato już po prostu długo nie pożyje. 

Kiedy w czwartek 11 stycznia dowiedziałam się, że Tato w poniedziałek wychodzi ze szpitala, prawdopodobnie na wlasną prośbę, przeprowadziłam głęboką rozmowę z siostrą, a następnie z jej mężem, bo przecież własnej siostrze nie można wierzyć, prawda? Zapytałam szwagra wprost: Czy uważa, że ojciec jest umierający, odpowiedział, że tak. Więc nie zastanawiałam się ani chwili, ustaliłam tylko z siostrą, że najlepiej jak przyjadę kiedy on już będzie w domu. Więc natychmiast zakupiłam bilet Ryanair do Wrocławia na poniedziałek rano, tak żebym zaraz po południu była już w rodzinnym domu. 

Nie wiem jak przeżyłam weekend, w pracy nie robili mi najmniejszych problemów, po prostu powiedzieli żebym jechała i wróciła kiedy uznam za stosownie, bo w normalnych przypadkach przysługuje mi 10 dni płatnego urlopu okolicznościowego, ale zakład pracy wspiera pracowników w trudnych sytuacjach życiowych więc jak będzie trzeba to zostanę ile będzie trzeba, a potem się zobaczy. 15 stycznia jechałam na lotnisko z duszą na ramieniu, wszystko było jednak planowo i bez żanych problemów. We Wrocławiu zapytali mnie oczywiście czy mam polskie dokumenty (nie miałam) ale nie dociekali tak jak ta franca poprzednim razem, że nie chciała mnie do kraju wpuścić. Dusza na ramieniu robiła się cięższa w miarę zbliżania się do miejscowości rodzinej, ale wszystko puściło, kiedy wpadłam do mieszkania i zobaczyłam Tatę. 

Wyglądał biednie. Wychudzony, rurka z tlenem w nosie, nogi straszliwie spuchnięte, takie niepasujące do tych kości i tej skóry, którą był obleczony. Ucieszył się, jak mnie zobaczył, choć ciężko mu było dać po sobie znać. Siedział na łóżku w swoim pokoju, obok na podłodze koncentrator tlenu - maszyna wielka i głośna, ale mówi, że się przyzwyczaił. Usiadłam obok niego i od tej pory właściwie już go nie opuszczałam. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, płakał, przytulałam, potem płakaliśmy razem. Oglądaliśmy razem telewizję, zadziwiło mnie, po że obejrzeniu ulubionego kanał TVN Info już więcej nie chciał go oglądać. Pewnie nie lubił nowych prowadzących, ale zadziwiło mnie też, że dobrowolnie oglądał wiadomości na innych programach. Oraz zadziwiło mnie, że ani razu się nie zająknął na temat swojej ulubionej partii politycznej, ani żadnej innej partii, jedynie na temat Tuska się wypowiedział raz i to nie za bardzo kulturalnie.  

Szybko wszystko ogarnęłam. Leki, zastrzyki, tlen, smarowania, inhalacje. Najgorzej było w nocy, leżał a raczej siedział na zaiprowizowanej leżance, nawet nie chcę się tu rozwodzić jakie cuda wymyślałam, żeby mu ulżyć, żeby się przez chwilę przespał. Nie wiem, czy zmrużyłam oko tamtej pierwszej nocy, po prostu siedzieliśmy razem w ciemności, na przemian drzemaliśmy na siedząco i rozmawialiśmy. A rano już ruszyła rutyna. Mycie, golenie, tabletki, inhalacje, a co byś chciał na śniadanie, a może jajecznicę. Robię jajecznicę z jednego jajka, z boczkiem, bo tak chciał, połowę kromki chleba smaruję masłem, odkrajam skórkę i kroję ten środek kromki na małe kawałeczki. Smakuje mu ale nie zjada do końca. Pije niewiele, staram się go namawiać ale nie przymuszam. Staram się spełniać wszystkie zachcianki żywieniowe, nieważne że tłuste, że słodkie. Mam jakieś takie przekonanie jak wtedy, gdy Tiguś był umierający, że przecież nic mu już tak naprawdę nie zaszkodzi wię niech ma to co lubi. A Tato lubił tłuste. I słodkie. I zupki chińskie tez lubił. Robię mu więc te tłuste boczki, kaszankę, zupę ze śmietaną, chińskie zupki tez mu robię, a pod ręką ma cały czas ulubione ciasteczka. choć te z czekoladą mu już nie wchodzą, mówi że mu czekolada zatyka przełyk. 

I tak już było codziennie. Nocne czuwanie, rozmowy, robienie herbaty, pilnowanie, żeby nie upadł jak będzie szedł do ubikacji. Raz upadł, podniosłam go szybko, był lekki jak gołąbek. Tato próbuje chodzić, próbuje stać chwilę przy oknie, rurkę z tlenem ma bardzo długą, więc może sobie chodzić gdzie chce, problem w tym, że nie bardzo może. Robię mu codziennie zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch, już się nie boję. W któryś dzień przychodzi lekarka, wezwana przez siostrę, żeby po prostu wesprzeć Tatę i zobaczyć, w jakim jest stanie. Czy wspiera to nie wiem, ale widać, że jest jej niezręcznie, nie jest przyzwyczajona do ciężkich rozmów z pacjentem. Przepisuje jakiś lek na sen, który okazuje się preparatem antyhistaminowym, którego głównym skutkiem ubocznym jest senność. Tato już w tym momencie i tak pije codziennie herbatę z melisy, która bardzo mu smakuje, tabletka niewiele mu pomaga. Z dnia na dzień jest coraz ciężej. 

Staram się wychodzić z domu raz dziennie, do Biedronki na zakupy. Biedronka jest dosłownie za rogiem, więc te moje "spacery" są bardzo krótkie, ale zawsze coś, poza tym ktoś musi zrobić zakupy, ja nie muszę ale chcę. W piekarni obok Biedronki kupuję co drugi dzień najdroższy świeży chleb. Tato je bardzo mało, zakupy nie są wielkie, raczej kupuję co sama lubię. Jedna siostra nie przychodzi, bo jest chora, ale podaje co drugi dzień słój zupy, Tato uwielbia zupy, a te są pyszne, gotowane przez męża siostry, który jest z zawodu kucharzem. I to w tych zupach czuć. Sama je zjadam, choć za zupami nie przepadam, ale czasu na jedzenie mam w ciągu dnia tak mało, że taki talerz zupy jest jak zbawienie. Druga siostra przychodzi codziennie i denerwuje mnie, bo cały czas gada i robi zamieszanie. Ale jej wybaczam bo pomaga w inny sposób. 

Telefony od znajomych i dalszej rodziny drażnią. Każdy ma cudowną radę uzdrawiającą, każdy poleca najlepszego lekarza w rejonie, w Polsce, na świecie. Niektórzy obiecują, ba!, niemal umawiają go już na wizytę z najwybitniejszą panią profesor w Warszawie czy innych Tychach, tylko nieliczni naprawde wydają się rozumieć sytuację. A najgorsze, że tato sam w to wszystko wierzy. Że oni się nie znają w tym Wrocławiu, że trzeba do Warszawy, do Łodzi, do Zabrza... A ja czytam wypis ze szpitala, oglądam zdjęcia z tomografu i już wiem. 

Bardzo martwią mnie Taty nogi, takie spuchnięte, nie działa nic na zmniejszenie opuchlizny, ani trzymanie na podwyższeniu, ani masaże, ani olejki, ani leki. Robią mu się pomału odleżyny na tych nogach, smaruję mu je kilka razy dziennie żelem antyodleżynowym. Z jedzeniem też jest coraz gorzej. Na początku drugiego tygodnia już przestaje jeść stałe pokarmy, wszystko trzeba mu miksować. Nie może też jeść jogurtów, serków, ani pić mleka bo podobno po nim ma refluks. Może coś jest na rzeczy, bo normalnie odksztusza krew, a po jogurcie odkszusza białą flegmę. Odksztusza cały czas, a potem wypluwa to na husteczkę, a husteczkę do wiadra, które stoi obok fotela. Tato bowiem nie śpi już na łóżku, spędza w fotelu dzień i noc, w dzień raczej siedzi a w nocy półleży. To odksztuszanie jest chyba najgorsze, za każdym razem kiedy to robi zbiera mi się na wymioty. Ale nie mam na to żadnego wpływu, nikt nie ma.  

Po dwunastu dniach, w piątek 26 stycznia wracam do domu. Siostry załatwiły między sobą zostawanie na zmiany przy Tacie, w przyszłym tygodniu ma przyjść nowy, stały koncentrator tlenu (bo ten, który jest to jest wypożyczony tymczasowo), Tato słabo je, już nie chodzi do ubikacji, załatwia się do kaczki. Przynajmniej pije. Nastawiamy się z siostrami na kilka tygodni, może nawet miesięcy, takiej opieki. Jak trzeba będzie to załatwimy pielęgniarkę, jak trzeba będzie to pomogę finansowo. Jest mi bardzo bardzo ciężko, z jednej strony chcę do domu, odpocząć, przecież od niemal dwóch tygodni jestem na nogach prawie 24 godziny na dobę, z drugiej strony nie chcę jechac i zostawiać go, już się przyzwyczaiłam. 

Najcięższe z tego wszystkiego było pożegnanie. Było to tak głębokie i intymne przeżycie, że nie podzielę się tym z Wami, powiem tylko, że ta scena stoi mi przed oczami codziennie i chyba zostanie ze mną do końca. Płakałam niemal całą droge do domu. W autokarze do Wrocławia. W samolocie. W samochodzie, kiedy Chłop mnie odebrał z lotniska. Trochę ulżyło mi, kiedy wzięłam kąpiel i odpoczęłam. W sobotę i niedzielę odpoczywałam, na zmianę dzwoniąc i odbierając telefony, konsultacje trwały niemal cały czas. W sobotę i niedzielę Tato zaczął załatwiać tak zwane ważne sprawy. Napisał testament i sprzedał samochód. Właściwie to siostry sprzedały, ale on musiał podpisać papiery, cała ta sprzedaż to była  bardzo krótka historia z wielkim fartem, widocznie tak miało być. 

W poniedziałek, 29 stycznia rano odebrałam telefon. Najpierw od mamy. Płakała. Tato się bardzo źle czuje i chce do szpitala a ta wredna siostra moja nie chce go do tego szpitala oddać. Za chwilę dzwoni siostra. Mówi to co mama ale z jej perspektywy. I mnie jako najstarszą córkę prosi o radę. Moja rada jest taka, że jak Tato prosi, że chce do szpitala to trzeba zadzwonić na pogotowie, żeby go do tego szpitala zabrali jak będzie trzeba. Albo nie, jeśli będą mogli udzielić pomocy na miejscu. 

Pogotowie przyjechało szybko. Zabrali Tatę do szpitala. Zanim jednak przyjechali to umył się i ogolił, bo taki nieogolony nie pojedzie. Po kilu godzinach dzwoni mama i płacze. Tato chce księdza, a ta moja siostra wredna nie chce tego księdza zawołać bo to durnoty i ciemnota i zacofanie. Dzwonię do siostry. Siostra mówi, że już ksiedza załatwiła i że przyjdzie za kilka minut. 

Chyba tamtego wieczoru wiedziałam już, że Tatowi nie zostało już dużo czasu. Chyba czekałam na jakiś znak i chyba się doczekałam, ale jest to wciąż dla mnie zbyt straszne, żeby o tym mówić. O dwudziestej pierwszej dwadzieścia mojego czasu dostałam wiadomość, że Tato nie żyje. Umarł w trzecim dniu od mojego wyjazdu. 

*********************

Tekst ten pisałam przez dwa tygodnie, zmieniając ilość dni na początku i dopisując fragmenty. Nie jest to wszystko, o czym chciałam opowiedzieć, ale na ten moment nie jestem w stanie podzielić się niczym więcej. Każdy z nas przeżywa żałobę na swój sposób, każdy z nas przechodzi swoją osobistą drogę po stracie. Jedno wiem - dopóki się czegoś bezpośrednio nie doświadczy, nie ma się o tym żadnego pojęcia. A nawet jak się już czegoś podobnego doświadczyło w życiu, to ten kolejny raz będzie z pewnością inny, bo nic dwa razy się nie zdarza. I na tym dzisiaj zakończę. 

poniedziałek, 8 stycznia 2024

Podsumowanie roku

Muszę przyznać, że zabierałam się za napisanie tego posta jak do jeża i nawet teraz, jak już piszę, czuję niepokój. Dziwne, ale boję się tego, co zaraz sama napiszę.

W styczniu 2022 roku moje podsumowanie było krótkie. Napisałam wtedy, że "Rok 2021 był jeszcze chujowszy niż 2020". W styczniu zeszłego roku podsumowania nie było, ale w wielkim skrócie opisałam rok 2022 w tym poście. Jak być może pamiętacie, a jak nie pamiętacie to sobie doczytajcie, zamiast pogrzebów były dwa wesela, czyli czyli w sumie bilans dwóch lat wyrównany. Poza tym było w miarę spokojnie i nic nie zapowiadało żadnych większych zmian na horyzoncie. Właściwie do powrotu ze Sri Lanki w połowie maja nic nie zapowiadało żadnych wstrząsów z żadnej ze stron. Ale... poczytajcie sami. 

Styczeń 2023
Coroczna wizyta kotów u weta, Migusia OK, Tiggy z powodu nwracającego artretyzmu  ponownie rozpoczyna leczenie Solensią. Postanawiam, że muszę wymienić aparat fotograficzny na mniejszy, bo planując wakacje (a już wtedy planowałam) nie mogłam nie pomyśleć o robieniu zdjęć, a mój stary co prawda świetny, ale ciężki i niewygodny. Zakupuje Canon przez internet, a potem ucząc się jak go używać, robię kotom i domowi ze sto tysięcy fotografii, z których do dzisiaj nie potrafię wybrać tych do usunięcia. Po konsultacjach z Chłopem dzwonię do biura podróży i wykupuję podróż na Sri Lankę.

Luty 2023
Tiggy u weta na comiesięcznym zastrzyku, nie lubi ani zastrzyków ani weta. Syn z dziewczyną jadą sobie na narty do Francji, po raz ostatni przed Wielką Podróżą Na Koniec Świata. W Walentynki jak zwykle, robię kolacjęz Tesco i upijamy się szampanem. Dziadek kończy 102 lata, a nam udaje się przybyć do niego dokładnie w dzień urodzin. Dziadek wzruszony ale i zmęczony. 

Marzec 2023
Tiggy u weta, boi się, bardzo mi go szkoda ale lepiej się czuje po tych zastrzykach. Kupuje córce samochód, żeby mogła się w końcu uczyć jeździć. Esme z braku kółka tanecznego zaczyna chodzić na Tae-Kwon-Do. Razem z Chłopem szykujemy się do wyjazdu na Sri Lankę, chociaż ja chyba bardziej. Dostaję 3% niezaplanowanej podwyżki w pracy, co bardzo cieszy, nie wyrównuje jednak inflacji. Nie mówiąc o wydatkach na Solensję. 

Kwiecień 2023
Wielkanoc moja szybko i niepostrzeżenie, choć coś tam staram się upiec i ugotować. W znaczeniu sernik i żurek. No i jajka kolorowe, bo bez nich ani rusz. Nawet już bym i tych jajek nie szykowała, ale Chłop się uparł bo jako chemik lubi się bawić chemikaliami. Zakupuje okulary zmiennoogniskowe i uczę się w nich chodzić. Najważniejsze są jednak odwiedziny syna z dziewczyną, pożegnalne przez Wielką Podróżą Na Koniec Świata. Jest mi smutno. Tiggy dostaje Solensję, a my z Chłopem pakujemy się do wyjazdu. Dwa dni przed wyjazdem, w ostatni dzień kwietnia, wandale niszczą nam płot, ale zdanżamy naprawić (ha ha, nie poprawiać!)

Maj 2023
Wyjeżdżamy w końcu na upragnioną Sri Lankę. Jest zachwycająco. Pomocne jest "posiadanie" własnego szofera i przewodnika w jednym, który wozi nas wszędzie gdzie wcześniej uzgodniliśmy i nawet tak, gdzie dopiero uzgadniamy na miejscu. A przy tym opowiada, opowiada, opowiada. Cudowny wyjazd, zadziwiające miejsce. Mam dużo do opowiadania na ten temat. W czasie, gdy my wracamy do domu, syn wyjeżdża w Wielką Wyprawę Na Koniec Świata, pewnie gdzieś się tam minęliśmy na niebie. Po powrocie zastajemy upały i chorego Tigusia. Trzecia powieka my wyskoczyła w obu oczach i nie chce wrócić. Wet. Solensja. Antybiotyk. Liczymy, że się poprawi.

Czerwiec 2023
Esme ma czwarte urodziny, a Tiggy dostaje zastrzyk sterydowy bo oko wciąż spuchnięte i w dodatku się ślini. Dziadek trafia do szpitala z zapaleniem pluc, w tym czasie umiera jego jedyna,  młodsza siostra. Jedziemy na pogrzeb, niestety Dziadek nie jest w stanie bo w przeddzień pogrzebu wychodzi ze szpitala. Poznajemy rodzinę Chłopa z Dziadka strony i mamy okazję przejechać się Maserati MC20, pierwszym modelem w UK, bo ciotka Chłopa jest milionerką i ma męża milionera więc ich stać.
28 czerwca Tiggy przechodzi operację bo tylko ona jest w stanie pokazać co mu naprawdę jest. Usuwają zgniłego zęba i pobierają próbke do biopsji. Nie jest dobrze.

Lipiec 2023
***
Cały weekend spędzam z Tiggym, starając się mu ulżyć, podaję leki przeciwbólowe i sterydy. Jest źle, rana się nie goi, buzia podchodzi mu cały czas krwią, nie może jeść. Mam wyrzuty sumienia, ale nie wypuszczam go z pokoju. 3 lipca jadę do weterynarza na konsultację po operacji, ale właściwie po pomoc, bo widzę, że mu się nie poprawia. Dostaję bardzo silny lek przeciwbólowy, taką kocią "morfinę" i zalecenie, że jak nie zacznie się poprawiać do jutra to trzeba będzie pomyśleć co dalej. No i czekać na wyniki biopsji, które mają nadejść do środy. Tiggy po lekach jest przytłumiony, ale wyciszony i daje sobie robić różne rzeczy, więc wycieram mu pyszczek co pięć minut, myję mu buzię po jedzeniu, a właściwie po próbach bo nadal nie może jeść, choć chce, widać że jest głodny. Bardziej mu wchodzi suche jedzenie, choć nie powinnam mu dawać to daję z ręki, bo coś tam przełyka bez gryzienia. Cały pokój obryzgany drobinkami krwi. Robię mu zdjęcia bo niby dlaczego nie? W środę 5 lipca dzwoni wetka, która go operowała i mówi, że przyszły wyniki biopsji i że ma bardzo złe wieści. Squamous cell carcinoma czyli rak kolczystokomórkowy w terminalnym stadium i że najlepiej żeby to szybko zakończyć. Choć spodziewałam się złej wiadomości, w jednej chwili rozerwało mi serce. Nie wahałam się ani chwili. Umówiłam termin na rano dnia następnego, powiem, że bardzo rzeczowo przedstawiono mi cały proces i wszystko co z tym związane, łącznie z "po". Od tej chwili właściwie nie przestałam płakać, nie opuszczałam też Tigusia ani na chwilę, dopiero na noc. Znalazłam prywatne krematorium zwierzęce, umówiłam się wstępnie na popołudnie, ale potwierdzić miałam już "po". Znowu, bardzo rzetelna, fachowa i pełna współczucia rozmowa. Tiguniek dostał leki w lekkim nadmiarze, bo dlaczego nie? Dostał też jedzenia tyle ile chciał, a że mógł tylko wylizywac z ręki to lizał ile mógł. Bo niby dlaczego nie? A jak mu nawet zaszkodzi to co to zmieni? 
Nie wiem, jak przespałam noc. Nie wiem, jak rano wstałam, nie wiem jak się umyłam, pożegnałam zrozpaczonego Chłopa, wsadziłam Tigusia do kontenerka i pojechaliśmy w ostatnią podróż do weta. Tam szybko, moim zdaniem nawet za szybko, wprowadzono nas do specjalnego pokoju, usadzono mnie na kanapie i zabrano Tigusia do sali zabiegowej. Po chwili przyniesiono go, znieczulonego i prawie bezwładnego, z wenflonem w łapce, owiniętego białym ręcznikiem. Dostałam go na ręce, był taki wiotki, nie wiedziałam jak go trzymać ale pielęgniarka pomogła mi go ułożyć na kolanach, podścielając nieprzemakalny podkład "bo różnie się zdarza". Dano nam chwilę na pożeganianie się, moim zdaniem za krótką, ale może to i dobrze, że nie dłużej...  Po czym wstrzyknięto Tigusiowi w łapkę płyn, potem jeszcze jedną fiolkę, Tiguś zacharczał, jego ciałko się zatrzęsło i po chwili zwiotczało. Wetka sprawdziła niebijące już serduszko i było po wszystkim. Dano mi tyle czasu ile potrzebowałam, zanim włożyłam go z powrotem do kontenerka i zawiozłam do domu. W domu położyłam go na "jego" łóżku, wyglądał jakby spał. Zadzwoniłam do krematorium potwierdzić godzinę, zadzwoniłam do Chłopa z informacją. Przyjechał, zwolnił się z pracy, żebyśmy razem mogli pożegnać tego najlepszego z kotów. Migusia też przyszła się pożegnać. Jej też nie było łatwo...
Właścicielka krematorium oprowadziła nas po budynku, pokazała piec, wyjaśniła jak ta procedura wygląda, wybraliśmy tubę na prochy, jeszcze chwilę porozmawialiśmy, po czym pożegnaliśmy Tigunia i pojechaliśmy nad morze, żeby zabić czas, bo mieliśmy wrócić za godzinę, jak będzie po wszystkim. 
I tam, spacerując brzegiem morza, znaleźliśmy kamyczek przypominający serce, który zabraliśmy do domu, żeby nam na zawsze przypominał ten dzień.   
Dodam tutaj, zanim ktoś się oburzy, że jak to tak, bezdusznie, klinicznie, okropnie, że każdy krok procedury eutanazji, którą opisałam powyżej, był ze mną ustalany i odbywał się za moją zgodą lub na moją prośbę. To ja chciałam być z Tigusiem do końca, to ja chciałam go mieć w ramionach w tej ostatniej chwili, to ja chciałam, żeby go skremowano prywatnie, osobno, a nie w dużym krematorium z innymi zwierzętami. 
***
To miał być materiał na osobny post, ale nie dam rady. Wybaczcie, że z takimi szczegółami opisałam tę procedurę, ale to wszystko mną bardzo wstrząsnęło, chyba najbardziej w całym moim dotychczasowym życiu. I siedzi do dzisiaj, a właśnie wczoraj minęło już pół roku od śmierci Tigusia. Ja nie wiem, jak Wy sobie radzicie, ale ja jak widać, kiepsko. W czym nie pomogły następne wydarzenia tego cholernego roku 2023, do których wracamy.
Zaledwie kilka dni po odejściu Tigusia dostaję telefon od mamy, z tatem jest źle, trafił do szpitala. Zapadnięte płuco. Próbują go leczyć w jednym szpitalu, potem operacja w innym. Powoli uczymy się żyć z jednym kotem.  

Sierpień 2023
Tato wychodzi ze szpitala, czeka go rekonwalescencja ale może będzie dobrze. Kupuję Teslę, sprzedaję Mazdę, dokładnie w tej konfiguracji. Choć festiwal Fringe w pełni, po raz pierwszy nie uczestniczymy w ani jednym wydarzeniu. Esme zaczyna zajęcia w zespole tanecznym. Bierzemy Esme na wycieczkę, potem sami jedziemy zwiedzać pałac Scone. Zastanawiamy się, gdzie jechać na wakacje. 

Wrzesień 2023
Tato czuje się lepiej, jedzie do sanatorium na 3 tygodnie, mama narzeka że tyle pracy na nią spadło. Robi się zimno. Mam nowe okulary. Jedziemy spotkać się ze znajomymi w Hamilton, po czym zwiedzamy muzeum The Burell Collection. Ciekawe miejce. Jedziemy na grzyby, ale znajdujemy tylko te niejadalne. Kupujemy wakacje.

Październik 2023
Jedziemy na grzyby i zbieramy grzyby. Chłop przeszczęśliwy. Ja skaczę na skakance codziennie, w ramach akcji charytatywnej Cancer Research UK i zbieram na ten cel pieniądze. Chłop wyjeżdża do Francji do pracy, na szczęście na kilka miesięcy tylko. Robię sobie pazury przed wakacjami, odpadają po tygodniu niszcząc mi płytkę. Robię sobie sama i nakładam lakier na kikuty paznokci, trudno. Jadę do Francji do Chłopa, na weekend. Spacerujemy, pijemy kawę i jemy patisserie i fromage. Dużo fromage :-) Wracam do domu. Karmię świnki morskie znajomym, którzy są na wakacjach. Biorę Esme na weekend, bawimy się świetnie. Lecimy na wakacje. Na lotnisku dostajemy wiadomość, że Dziadek upadł i złamał sobie biodro. 28/10 - Majorka, 29/10 dzień na morzu, 30/10 - Gibraltar, 31/10 - Halloween na Oceanie Atlantyckim. Dziadek przeszedł operację wymiany biodra. 

Listopad 2023
1/11 - Gran Canaria. Od 2 do 7 października - przepływamy Atlantyk. 8/11 - Antigua. 9/11 - St Martin. Wieczorem dowiadujemy się, że zmarł Dziadek. Umierał w spokoju. 10/11 - Guadelupa, 11/11 - St Lucia, 12/11 - Barbados. 13 listopada wracamy do domu.  14 listopada Chłop wraca do Francji, a ja zostaje sama jak palec. Jadę zobaczyć występ Esme w teatrze. Te dzieciaki są w rzeczywistości znacznie mniejsze niż na scenie. Znowu jadę na długi weekend do Francji.

Grudzień 2023
Wracam z Francji. 8 grudnia pogrzeb Dziadka. Po problematycznym pod względem transportowym, i niezwykle wyczerpującym weekendzie, ja wracam do domu, a Chłop do Francji. Jestem wykończona. Całe szczęście, że mam Teslę, bo nie wiem jakbym to wszystko ogarnęła w zwykłym samochodzie. Kupuję choinke i ubieram choinkę. Dwa tygodnie przed świętami tato znowu trafia do szpitala. Badania, badania, badania, gorączka, infekcja, ale jest lepiej. Mama wyjeżdża na święta za granicę, tato i tak w szpitalu, nic mu nie pomoże. Chłop rzutem na taśmę i z problemami wraca na święta do domu. Z tatem nie wiadomo co. Dwa dni przed Sylwestrem mama łamie nogę. Za granicą. Sylwester i Nowy Rok siostry spędzają z tatem bo już mogą, mama sama w zagranicznym szpitalu. 



I oto było moje podsumowanie anno domini 2023, niech go szlag trafi. 

Na koniec chcę bardzo serdecznie podziękować Annie Marii Panterze za troske, poradę i chęć udzielenia pomocy w poszukiwaniu mamy ze złamaną nogą, którą zabrano do szpitala tylko nie wiedzieliśmy którego i w którym nikt na recepcji nie rozmawiał po angielsku. I moim siostrom za opiekę nad tatem, a w krótce także i nad mamą. 


sobota, 30 grudnia 2023

Szczęśliwego Nowego Roku

2023 to był zły rok, na wielu frontach. Jeszcze się nie skończył więc podsumowywać się nie ośmielam, szczególnie, że tyle się w ostatnich dwu miesiącach wydarzyło, że w sumie to się nie zdziwię jak się coś jeszcze sp**doli do jutra. 

Jestem poniekąd sfrustrowana, bo tyle mam pomysłów na pisanie, tyle nowych projektów w głowie, a tu ciągle coś, co sprawia, że umysł drętwieje i przenosi się w rejony, w które nie tylko nie chcesz wejść, ale też nie wyobrażałeś/aś sobie nawet, że istnieją. No i dupa taka. Siedzę teraz przy biurku, na kolanach mam koc, bo pod kocem cieplej a chyba raczej z przyzwyczajenia, na kocu leży Migusia a głowa Migusi leży na moim lewym przedramieniu, taż że mam utrudnienie w pisaniu na klawiaturze. I tak się staram wydobyć z czeluści pooranej pamięci cokolwiek, odrobinę chociaż pozytywnego, tak żeby być może uspokoić głowę, uśmiechnąć się lekko do świata, nastroić choćby lekko pozytywnie na następny tydzień, miesiąc, rok. Próbując znależć w tym goownie codzienności jakąć iskierkę dobrego nastroju przeszukuję szare komórki i... jest! Jednak zdarzyło się, całkiem niedawno, coś pozytywnego, nieoczekiwanego i niezrozumiałego. 

W drugi dzień świąt, w dzień moich urodzin, obudziłam się z oczekiwaniem jak zwykle, marazmu, złego humoru, poczucia nieuchronności, że jestem stara, że wszyscy umrzemy... Ale nie, niezwyle lekko mi było, zadziwiająco fajnie i po prostu, tak jakoś beztrosko i nawet bez kupy pod nosem. Myślę sobie, coś na serio nie tak, to nie tak być powinno, powinnam leżeć w łóżku z depresją do południa, a potem wstać obrażona na cały świat, że nie mam urodzinowego tortu, że ja to wszystkim a mnie to nikt, że ja to dzisiaj nawet palcem nie ruszę i w ogóle odwalcie się ode mnie, ja idę się upić... ale nie. Jest mi fajnie, rześko, lekko, słowem czuję się świetnie i młodo. Młodo... młodo... Pytam Chłopa: "Słuchaj, a właściwie to możesz mi powiedzieć, ile ja mam lat?" Chłop na to liczy, liczy, i triumfalnie oświadcza: "No od dzisiaj to pięćdziesiąt dwa!" "Jak od dzisiaj?" - pytam. "Urodziłaś się w siedemdziesiątym pierwszym, teraz jest dwudziesty trzeci no to wychodzi pięćdziesiąt dwa." "Aaaaaaaaa...." - odpowiadam z ulgą. No tak. No to się wyjaśniło. Ja po prostu przez cały ubiegły rok myślałam, że mam pięćdziesiąt dwa lata, a tu taka niespodzianka! To dlatego nie czuję się już stara! W urodziny ubyło mi cały jeden rok :-)

Szczęśliwego Nowego Roku kochani! Życzę Wam, żeby był lepszy niż ten, który właśnie mija. A tym, którym minął świetnie i bez problemów, żeby był co najmniej taki sam. Do zobaczenia w przyszłym roku!




sobota, 23 grudnia 2023

Wesołych Świąt

Co roku o tej porze składamy sobie życzenia. W kraju, w którym mieszkam życzenia świąteczne są proste - Merry Christmas. Czyli po prostu wesołych świat. W Polsce życzenia świąteczne są o wiele bardziej rozbudowane. Życzymy sobie świąt wesołych, zdrowych, spokojnych, pełnych radości i zrozumienia. Ale co tak naprawdę znaczą te zyczenia? Zazwyczaj jest to oklepana formułka, bo tak się robi, tradycyjnie, bez znaczenia. Część ludzi rzeczywiście będzie z zadowoleniem wpieprzać wigilijną kolację lub świąteczny obiad, zależy w jakim kraju i w jakiej cywilizacji mieszkają, bo przecież HALO HALO! Wigilia to zwyczaj tylko w niektórych państwach  kultury chrześcijańskiej. Część ludzi chlapnie sobie kieliszeczek czegoś mocniejszego po wigilii czy winko do obiadu, więc wesołym być przyjdzie im łatwiej i szybciej. A co życzyć komuś, kto będzie zmuszony spędzić je w samotności, w szpitalu, w rozpaczy, w ciemności, w ukryciu, w cierpieniu? Co można jej/jemu życzyć w te święta, skoro i tak wiadomo, że żadno z tych życzeń nie ma prawa ani szansy się spełnić? Jak mam życzyć osobie w żałobie wesołych świąt? Jak mam życzyć osobie w jej być może  ostatnich chwilach - zdrowia, szczęścia, pomyślności?? 

Jedyne co mi przychodzi do głowy w tym momencie to - spokoju i ukojenia.. A dla wszystkich zamiast życzeń, ten wiersz autorstwa Jana Kasprowicza.


Przy wigilijnym stole


Przy wi­gi­lij­nym sto­le

Łamiąc opła­tek świę­ty,

Po­mnij­cie, że dzień ten ra­do­sny

W mi­ło­ści jest po­czę­ty;



Że, jako mówi wam wszyst­kim

Daw­ne, od­wiecz­ne orę­dzie,

Z pierw­szą na nie­bie gwiaz­dą

Bóg w wa­szym domu za­się­dzie.



Ser­cem go przy­jąć go­rą­cym,

Na ście­żaj otwo­rzyć wro­ta —

Oto, co czy­nić wam każe

Mi­łość, naj­więk­sza cno­ta.



A twór­czych po­zba­wił się ogni,

Sro­mot­nie za­mknąw­szy swe wnę­trze,

Kto z bra­tem żyje w nie­zgo­dzie,

Dep­cąc orę­dzie naj­święt­sze.



Wza­jem­ne prze­ba­czyć winy,

Ko­niec po­ło­żyć uster­ce,

A z wal­ki wyj­dzie zwy­cię­sko

Wal­czą­ce na­ro­du ser­ce. 


(źródło: https://poezja.org/wz/Jan_Kasprowicz/23337/Przy_wigilijnym_stole)



wtorek, 12 grudnia 2023

Motto życia

******

Motto życia: oczekuj najgorszego ale miej nadzieję na najlepsze. Zawsze się sprawdzało, to co teraz poszło nie tak???

******

9 listopada, w czasie naszych wakacji na Karaibach, dopadła nas nagła wiadomość, że umarł Dziadek. Choć informacja bardzo nas zaskoczyła i raczej się jej nie spodziewaliśmy, nie byliśmy w szoku. Raczej pogodzeni z losem. Wiedzieliśmy, że kilka tygodni wcześniej Dziadek upadł w łazience i złamał sobie biodro. Natychmiast przeprowadzono operację, zainstalowano mu sztuczne biodro, ale on już tego nie wytrzymał. Wdała się jakaś infekcja, potem zapalenie płuc, nawet podobno covid. No i zmarł w szpitalu, cicho, spokojnie, na środkach przeciwbólowych, trzy miesiące przed swoimi 103 urodzinami. 

Na szczęście tuż przed wypadkiem Dziadek zdążył się zobaczyć z niemal całą rodziną, która w większości przyjechała z Australii. Specjalnie na tę okoliczność drałowaliśmy do South Yorkshire przez ponad cztery godziny tam i ponad cztery z powrotem, jednego dnia. Ale warto było. Pamiętam pożegnanie z Dziadkiem, przytulał mnie bardzo długo i mocno, potem trzymał za ręce, zupełnie jakby się domyślał, że to nasze ostatnie spotkanie. Na szczęście zdążył się pożegnać z nami wszystkimi. Wujek Brian (młodszy syn Dziadka) i jego żona Rena, dowiedzieli się o śmierci ojca już w samolocie powrotnym do Australii...

Pogrzeb odbył się w ubiegły piątek, 8 grudnia. Pomyślicie: co?? Miesiąc po śmierci? No tak tu jest, tutaj nie wyprawia się pogrzebu od razu, tak jak w Polsce. Tutaj musi minąć kilka tygodni i moim zdaniem tak jest jakoś lepiej. Lepiej jest się oswoić z myślą, okrzepnąć z nieobecnością, poukładać w głowie i w życiu. No i dać szanse całej rodzinie na spokojne przybycie w celu ostatniego pożegnania.

Cóż było robić? Rodzina z Australii musiała wsiąść w samolot i ponownie odbyć bardzo długą podróż do Anglii, przybył też wnuk z Hiszpanii z rodziną. Reszta rodziny, mieszkająca w UK miała łatwiej. Poza nami, a właściwie poza moim Chłopem. Otóż Chłop mój, od października pracuje tymczasowo we Francji i z tej Francji na pogrzeb Dziadka się wybierał. 

Plan był taki - w czwartek Chłop przyleci wieczorem do Manchesteru, skąd ja osobiście go odbiorę. Potem pojedziemy do mieszkania Dziadka i będziemy tam nocować, w piątek będzie pogrzeb, Chłop sobie wróci spokojnie do Francji w niedzielę rano, a ja do domu, do Edynburga. Dodam jeszcze, że w każdą stronę Chłop musi lecieć z przesiadką, bo bezpośredniego samolotu do miejsca przeznaczenia w okresie zimowym nie ma. 

Więc w czwartek wyjechałam sobie o godzinie 17:00 z duszą na ramieniu, bo zimno, bo ciemno, bo 420 kilometrów. W dodatku otrzymałam od Chłopa wiadomość, że samolot jest spóźniony, więc jest szansa że nie zdąży na przesiadkę. No ale mówię, trzymajmy się planu i co będzie to będzie. możNo ale jadę. W połowie drogi następna wiadomość - Chłop nie zdążył na przesiadkowy samolot i utknął w Paryżu. Cóż było robić. Ominęłam lotnisko i pojechałam prosto do Dziadka. kolejna godzina dwadzieścia w trasie. Przyjechałam o północy, wykończona. Gadałam po drodze z Chłopem więc wszystko wiedziałam na bieżąco. Air France zajął się przesiadkowiczami naprawdę solidnie, dostali nocleg w Hiltonie, paczkę z prowiantem na kolację, bo restauracja już zamknięta, cały zestaw toaletowy łącznie z piżamą i grzebieniem, i voucher na zakupy na lotnisku. Następnego dnia rano samolot miał wylądować w Manchesterze o 10 rano, więc nawet w korkach spokojnie dojechalibyśmy na czas do domu, żeby się przebrać i zdążyć na pogrzeb o 13:30. Taki był plan.

Miałam wyjechać na lotnisko o 9 rano, żeby sobie spokojnie dojechać zanim Chop przejdzie przez te wszystkie kontrole. Tuż przed wyjazdem otrzymuję jednak wiadomość, że samolot jest opóźniony. Nosz qrva. Najpierw pół godziny, potem godzinę, potem jeszcze trochę. Ale trzymam rezon, wciąż jeszcze mamy szansę zdążyć, może na styk ale jednak. Przebrałam się już w pogrzebowe ciuchy, ustaliłam z Chłopem, że jego garnitur, buty, koszulę, krawat i buty zapakuję do samochodu i najwyżej się w samochodzie przebierze. No i jak powiedziałam tak się też stało. Dojechałam na lotnisko najszybciej jak mogłam, złapałam Chłopa prawie w przelocie, po drodze jeszcze napatoczył się wypadek ale nawigacja na szczęście znalazła alternatywną drogę. Na pogrzeb Dziadka zdążyliśmy cztery minuty po rozpoczęciu...

Nadeszła niedziela. Spakowaliśmy się i wyjechaliśmy z samego rana, aby zdążyć na Chłopa samolot do Amsterdamu, skąd przesiadka do miejsca przeznaczenia. Wysadziłam go na lotnisku, pożegnałam i wyruszyłam w długą droge do domu. Miałąm stałe połączenie z Chłopem, więc już wkrótce dowiedziałam się, że oczywiście samolot jest spóźniony, ale nadal sporo czasu w Amsterdamie zostało na przesiadkę, tak że spoko. Oczekiwałam przecież najgorszego więc co jeszcze mogło się wydarzyć??

No i się wydarzyło. W Amsterdamie okazało się, że z powodu wiatru większość samolotów jest odwołana, w tym oczywiście Chłopa. Następny samolot w poniedziałek rano. Kłopot w tym, że praca, że samochód na płatnym parkingu, a w dodatku kazali Chłopu nadac bagaż podręczny (z jakim leciał) do luku bagażowego, a że to lot łączony to walizkę zobaczy dopiero na miejscu przeznaczenia. Czyli w poniedziałek po południu. 

Cóż miał biedny zrobić? Nie dość, że cały dzień w Amsterdamie to jeszcze jedynie z laptopem, telefonem i reklamówką z kanapkami na drogę. Na szczęście przewoźnik (tym razem KLM) wykazał się i tym razem. Czyli hotel, kolacja, podstawowe środki toaletowe, taksówka z powrotem i voucher na śniadanie na lotnisku. Poza tym kupił sobie na terminalu koszulke do spania, dezodorant, majtki i skarpety do przebrania, za które KLM zwrócił mu pieniądze, bo przecież nie miał ze sobą zupełnie nic.

W poniedziałek rano oboje oczekiwaliśmy, że jakiś piorun z nieba spadnie, huragan się zerwie czy po prostu Holandię nawiedzi tsunami i zmiecie wszystko z powierzchni ziemi. Ale nic się takiego nie stało, Chłop (z opóźnienie, a jakże!) doleciał najpierw do Paryża, a potem już na miejsce przeznaczenia. Gdzie na szczęście czekała na niego jego walizka.

I to właśnie z tej historii tytuł tego wpisu i pierwsze w nim zdanie. I jakoś tak oboje jesteśmy zgodni co do tego, że Dziadek to wszystko widzi, śmieje się pod nosem i mówi do Chłopa bez słów: "Znowu się spóźniłeś..."


Do zobaczenia Dziadku!

poniedziałek, 27 listopada 2023

RZONT

Wiecie, że na temat politykie się raczej nie wypowiadam, bo nie chcę wsadzać kija w mrowisko, za dużo się już z ojcem swoim wykłóciłam. Ale dziś muszę, muszę to napisać po tym co zobaczyłam w internecie. 

Otóż Pan Prezydęt właśnie nominował nowy RZONT. Spójrzcie tylko!


No i co widzicie? No dobra, na górze pinokio (z małej litery bo na dużą nie zasługuje), to normalne, bo to jego rzont. Co jeszcze? Więcej babek niż chłopów. OK, to zapowiadał wcześniej więc nie dziwi aż tak bardzo. Chociaż może powinno w tej partii mizogynów. Widzimy typowo polskie nazwiska jak Jarosińska, Łukaszewska, Krajewska czy Dmowska. Oraz takie trochę nie-polskie, jak Gajadhur czy Szynkowski Vel Sęk. 

Ale co jeszcze widzicie, mili moi? No co? To ja Wam powiem, co ja zobaczyłam na pierwsze rzucenie okiem. 

Małek - kojarzy się z malenizną, prawda? Z maleńkością taką, maciupciością, jak ten cały rzont.

Ozdoba - no ladny chłop, trochęmu ryj spuchł ostatnio od tego nachapywania się, ale kiedyś był powiedzmy że taki nomen-omen, no to go wzięli do ozdobienia wspólnej fotografii. Jako ministra-nie-wiadomo-czego

Szczucki - to od szczucia. Samo się to skojarzenie narzuca, nie muszę nic dodawać. 

Kosztowniak - Oj ten to będzie drogi. Szczególnie, że jako minister finansów pewnie dostanie najlepszą odprawę za parę dni.

Bojemska - że się niby boi? nie dziwię się, po tym jak ją do ministerstwa rodziny i polityki społecznej wsadzili.

Gembicka - że niby ma dużą gębę to będzie pyskować jak jej rolncy będą podskakiwać.

Warchoł - oesuuu, no nazwisko jak nazwisko, ale czemu się tak niezdwuznacznie kojarzy?

Szefernaker - dla mnie to brzmi jak szacher-macher. 

Szynkowski Vel Sęk - szynka i sęk nie bardzo idą w parze, no ale rozumiem, że jedno nazwisko po mamusi a drugie po tatusiu? Ale dlaczego Vel?? Żeby brzmiało zagranicznie, bo wtedy lepsze szanse na ministerstwo spraw zagranicznych? 

No miał tupet i poczucie humoru ten pan na KA, który sam, jak się przyznał, dla pana premiera ten gabinet układał. Tylko obywateli żal...



niedziela, 19 listopada 2023

Kolejny pierwszy raz

Pierwszy oddech, pierwszy ząbek, pierwszy krok, pierwszy zjedzony w całości kotlet, pierwsza piątka w szkole albo pierwsza dwója, pierwszy przyjaciel czy przyjaciółka, pierwsza miłość, pierwszy pocałunek i tak dalej i tak dalej. W pewnym wieku zaczyna nam się wydawać, że wszystko już widzieliśmy i wszystko zrobiliśmy, a to czego nie zrobiliśmy to trudno. Ale to nie w moim życiu. U mnie tych pierwszych razów jest całe mnóstwo i w dodatku często. Może ja jestem jakąś poszukiwaczką przygód? A może po prostu zauważam więcj niż niektórzy, czerpię z życia garściami i uznaję każde doświadczenie, dobre czy tragiczne, za naukę na dalszą część życia?  

Koniec wstępu, teraz przechodzimy do konkretów. Nie wiem, czy się chwaliłam, ale chyba nie, bo to nie jest duma chwalić się porażką, że dwa razy w życiu próbowałam oddać krew. Raz przed pandemią i raz w trakcie. Prawdę mówiąc, samej by mi to do głowy nie przyszło, bo wydawało mi się, że z niedoczynnością tarczycy nie można. Chyba kiedyś nie było można, ale okazało się, że teraz nie ma żadnego problemu. Poszłam za przykładem, bo nie mogę powiedzieć że za namową, mojego Chłopa. Otóż on oddaje krew od wielu lat i kiedy wtedy, w 2019 chyba roku, przyszedł do niego list, że w tym a w tym dniu odbędzie się copółroczna akcja w naszym miasteczku, zaczęłam się zastanawiać. No bo tak - oddajesz te prawie pół litra krwi i te pół litra musisz jakoś w sobie odbudować. No a jak odbudowujesz krew? Produkujesz nową, świeżą, nieskalaną, która miesza się z tą starą i ją jakby odmładza, co nie? Pomijając to że co ileś tam dni i tak wymieniamy wszystkie komórki w swoim ciele, dostarczenie sobie nowej świeżej krwi musi w jakiś sposób nas odmładzać. I teraz tak - patrzę na swojego Chłopa - on ma już ponad pięćdziesiąt lat, żadnych zmarszczek i w ogóle wygląda jak młodszy kolega swoich rówieśników, to musi być to! No i wydedukowałam, że ja też się chcę odmłodzić, a że mam grupę krwi najlepiej schodzącą na rynku to przy okazji komuś się jeszcze przyda, dodatkowy bonus! No i poszłam z Chłopem tez pierwszy raz. 

Nakłuli mi palec, sprawdzili hemoglobinę (z za niską się nie da oddać krwi), położyli na leżance, posprawdzali żyły i uznali, że tylko z prawej ręki się nada, bo lewa żyła jakaś felerna. Mnie to wszystko jedno, aby poszło. Porobili tam co mieli porobić, popytali co mieli popytać, umieścili igłę w żyle i sobie leżę i czekam. Po pięciu minutach wszystko OK, po dziesięciu pan zaczął kręcić nosem, po piętnastu zakręcił kurek i powiedział, że niestety, nie udało się. Ja że jak się nie udało, nie ma krwi? No jest, ale za mało, zaledwie 200 mililitrów a ma być 450-coś tam. No to ja że mi się nie spieszy, mogę sobie tu poleżeć, ale on że nie, bo tylko piętnaście minut to może trwać, po tym czasie już coś tam się dzieje i że nie można. Ech, trudno. Mówi, żebym się nie martwiła, że to pierwszy raz i czasami tak się dzieje, organizm się buntuje bo to nowa sytuacja. I że następnym razem powinno być OK.

Następny raz przyszedł za jakiś czas, to co z tego że w pandemii, procedura taka sama tylko że w maseczkach. Poszliśmy z Chłopem, nakłuli, sprawdzili hemoglobinę, położyli na leżance i wszystko to samo. Pięć minut dobrze, po dziesięciu minut pan zaniepokojony mówi, że niestety ale chyba następuje przedwczesne krzepnięcie i że musimy przerwać. I że niestety się nie udało. Znowu, taka sama sytuacja. Pytam dlaczego, przecież jadłąm, piłam, przyszłam na piechotę, czemu? A on, że może za mło zjadłąm, za mało wypiłam, może za wolno szłam, że doradzałby mi na przyszłość trochę szybszy chód przed oddaniem krwi, żeby pobudzić krążenie. I że być może jestem jedną z tych nielicznych osób, które po prostu nie mogą oddawać krwi, ale żebym się nie martwiła tylko spróbowała jeszcze za jakiś czas.

Czułam się niefajnie po tym ostatnim razie. Jakaś niepełnowartościowa. Chyba trochę zaczęłam się oswajać z myślą, że ja nie jestem zdolna do utoczenia za mnie tego przysłowiowego pół litra. Czyli jest źle, nie będę miała nowej krwi i nie będę młodsza, buuuuuu....

Jakoś tak się złożyło po tym, że kiedy odbywało się u nas honorowe krwiodawstwo, my ciągle byliśmy na wakacjach. Owszem, można się umówić w dowolnym terminie, ale to jest w centrum Edynburga, daleko, parkingu nie ma, niewygodnie, więc nam się po prostu nie chciało. Ostatnim razem, w czerwcu, byliśmy niedługo po Sri Lance i ja w uczciwości swojej powiedziałam pani dokładny termin wyjazdu i okazało się, że niestety zabrakło mi kilka dni, bo Sri Lanka to obszar zagrożony malarią i musi minąć cztery tygodnie a u mnie minęło trzy z małym hakiem. A mój Chłop po prostu pomylił daty i sobie bez problemu poszedł i się odmłodził. Te chłopy to jednak mają tupet! 

Więc gdy wróciliśmy z Karaibów i zobaczyłam list, że można się zapisywać na oddawani krwi, to od razu weszłąm na stronę i sobie zarezerwowałam termin. A Chłop nie, bo Chłop aktualnie jest we Francji więc pozostaje mu odmładzanie francuskim winem i ostrygami :-) Ale to temat na oddzielny wpis, więc nie będziemy się teraz nad tym rozwodzić. 

Wiedząc, że mam termin na niedzielę, zaczęłam się niepokoić już w czwartek, bo czułam się odwodniona i nijak nie mogłam się nawodnić. A muszę Wam powiedzieć, że odwodnienie owszem, sprawdzam za pomocą wysuszonych ust, ale przede wszystkim za pomocą koloru sików. No więc piłam i piłam, a siki ciemne i ciemne. Myślę, może to po wakacjać odtrucie alkoholowe następuje czy coś. Zrobiłam sobie dżin z tonikiem w czwartek, a potem w piątek, żeby zredukować stres odtruwania, nieprawdaź ;-) W dodatku zaczął mnie boleć kark, to a hinina zawarta w toniku z dżinem wiadomo, że działa przeciwbólowo, więc z podwójną korzyścią sącząc powoli drinka postanowiłam, że sobota będzie dniem ostatecznym na nawodnienie a potem niech się dzieje co chce. 

W sobotę zrobiłam sobie sok warzywny w składzie: jabłko, marchewka, seler naciowy, parę liści jarmużu, kilka liści rzymskiej sałaty, cukinia (!) i kawałek świeżego imbiru. Dziwne, ale nie powiem, że niedobre, raczej powiem że dobre ale zastanawiająco ciekawe. Dodatkowo przez cały dzień sączyłam powoli wodę z butelki z rurką. nic dziwnego bo codziennie tak robię, ale tym razem robiłam to bardzo świadomie, raczej stawiając na jakość picia niż na ilość. I kiedy przyszła niedziela, czyli dzisiaj bo piszę na bieżąco), wypiłam sobie poranną szklankę wody z miodem i octem jabłkowym, potem mój wielki kubeł kawy z mlekiem, którą nazywam kapucinem, potem szklankę wspomnianego soku warzywnego, zjadłam śniadanie składające się z kromki chleba z masłem i grubymi plastrami Cambozoli (ser z niebieską pleśnią) i popiłam herbatą, to po tym wszystkim w końcu moje siki miały kolor pożądany czyli prawie przezroczysty. I to był znak że nawodnienie zostało przeprowadzone pomyślnie.

Denerwowałam się przed wyjściem zdając sobie sprawę, że to jest ostatnia próba i że gdy będzie powtórka z rozrywki to raczej mnie już nie zaproszą na tę darmową sesję odmładzania. No ale poszłam. Pamiętając rady pana z ostatniej sesji, szłam szybko, chwilami biegłam, popijając łyka wody co kilka minut. Nie zziajałam się bo było z górki, ale czułam sie rześko i fajnie. Ta sama procedura, pytania, kwestionariusz, blablabla, nakłucie palca, hemoglobina 15,7. Aż się przestraszyłam, że za dużo, zle pani się uśmiechnęła i powiedziałą, że raczej całkiem w porządku. 

Pod spodem - palec z hemoglobiną. 

Potem na leżankę, prawa ręka, podłączanie, upuszczanie krwi, co chwilę spoglądam na zegarek. Po pięciu minutach pani podchodzi i mówi, że ładnie jest, już ponad połowa i zaraz koniec. O, coś nowego! Myślę, kurde, może dasz radę, krwio jedna. Ale profilaktyczne zdjęłam szybko nogę z nogi (bo przypomniałam sobie, że mi pan ostatnim razem powiedział, żeby nie krzyżować nóg bo się blokuje przepływ krwi), zaczęłam kręcić stopami, machać palcami w lewej ręce i w ogóle taka uprawieć zespół niespokojnych nóg. Nie wiem, czy to pomogło czy nie, ale po dziesięciu minutach, a wiem bo przecież cały czas sprawdzałam, pani popatrzyła na worek i powiedziała, że prawie już, po czym urządzenie zaczęło pikać i pani odłączyła mnie od aparatury pytając jaki chcę soczek do picia - jabłkowy czy pomarańczowy. Wybrałam jabłkowy i kiedy go dostałam, zapytałam pani ile dokładnie krwi mieści się w tych workach z krwią. Otóż dokładnie to jest 476 mililitrów, powiedziała pani podając soczek. 

A na koniec każdy wybiera sobie batonika albo ciasteczko i ja sobie wybrałam wegańskiego KitKata, chociaż staram się bojkotować olej palmowy, ale chciałam spróbować a poza tym miał więcj batoników niż zwykły KitKat :-)

KitKat wegański - dla mnie nowość, całkiem smaczny. Chociaż nie wiem jak smakuje normalny bo jadłam tylko kilka razy w życiu więc nie pamiętam.

A teraz piszę to bo jestem szczęśliwa, że udało mi się w końcu oddać krew, być może uratować komuś życie a na pewno się odmłodzić. Już czuję jak mi się zmarszczki prostują! A na obiad zrobię sobie wielkiego półkrwistego steka!

A na koniec bohaterka dzisiejszego opowiadania, czyli moja prawa żyła :-)


Byłoby mi miło, gdyby ten post zachęcił któregoś(którąś) z Was do oddania krwi. Ja się nie zniechęciłam i za pół roku zrobię to znowu, mam nadzieję że tym razem znowu skutecznie.