Ja to zawsze się wstrzelę wtedy gdy już nie trzeba. Ale wiele się wydarzyło ostatnio, choć wyniku stagnacji poświątecznej nie było chęci na przemyślenia. Dziś z ręką na sercu mogę powiedzieć że nadal nie wiem czy miniony rok był zły czy dobry. Dlaczego zły? Nie byliśmy na wakacjach, córka skończyła 18 lat i były z tego powodu pewne problemy, musieliśmy wydać kupę kasy na bardzo ważną rzecz, i wydaliśmy dużo na inne rzeczy bo chcieliśmy, tak że przez cały rok bilans finansowy był tragiczny. Choroba męża, mój helicobakter, dwa mandaty za parkowanie i 180 funtów w plecy przez własną głupotę za odholowanie samochodu na parking urzędowy z powodu niewłaściwego parkowania - wisienka na torcie, tuż przed świętami. W dodatku moje urodziny.
Ale - córka znalazła inne towarzystwo, wyciszyła się i znacząco poprawiła, odbiliśmy się finansowo od dna pod koniec roku, mąż szybko doszedł do siebie, a ja to nie wiem, ale prawdopodobnie bakteria zniszczona. Syn doskonale zdał swoje pierwsze egzaminy, bardzo ważna i trudna sprawa załatwiona szybko i pozytywnie. Wisienka na torcie przetrawiona, przeżyłam jakoś ale "przeżyłam" to bardzo. Wyobrażacie to sobie, kończycie pracę ze śpiewem na ustach, lecicie jak na skrzydłach bo to ostatni dzień przed urlopem, zaraz będziecie odbierać wyczekiwaną paczkę od mamy, a tu... samochodu nie ma. Wiadomo że nie ukradli, tu nie Polska, po prostu kretynka nie zaznaczyła alarmu w telefonie żeby przeparkować samochód na czas, więc przyjechali i zabrali. Dobrze że Stefka była jeszcze w pracy to mi pomogła, znalazła mi wszystkie namiary, gdzie i do kogo mam zadzwonić i jak ten samochód i skąd odebrać. Bo ja nie byłam w stanie przeliterować nazwy ulicy z nerwów. Dostała za to czekoladki. A ja nie mogłam już ani jeść, ani pić ani z nikim rozmawiać do końca dnia. Nigdy niczego tak źle nie przeżyłam. A wydawałoby się, taka pierdoła.
Tak właśnie, z dupereli składa się mój bilans starego roku i choć ogólnie był to chyba naprawdę dobry okres, życzyliśmy sobie z mężem więcej spokoju w Nowym Roku.
A tu nagle, bu sru, harat, łup, budzimy się 3 stycznia we wtorek, jako że dzień ustawowo wolny to dłużej oczywiście w łóżku, budzimy się a raczej łomot wyrywa nas ze snu - to z dachu spadają dachówki. Na szczęście nie na samochód, tylko z drugiej strony, bo chociaż oba samochody odstawione od domu to kawałem gruzu mogły spokojnie oberwać. Bilans wichury - 6 gąsiorów roztrzaskanych, 1 cudownie ocalał, chyba spadł na drzewko co go zamortyzowało, kilka dachówek, wygięta blacha przy kominie. Całość kosztować będzie trochę kasy, więc niestety nie będę mogła sobie pozwolić na wyjazd na komunię siostrzeńca do Polski. Prezent mu dam, oczywiście, ale na bilety lotnicze już mnie nie stać. Tym bardziej że z powodu durnego Euro 2012 linie lotnicze podciągnęły ceny na maj-czerwiec.
Zapomniałam do bilansu dodać że zrzuciłam co najmniej dwa rozmiary i czuję się świetnie, więc to chyba naprawdę był dobry rok :-)
I... uwaga uwaga! Zabukowaliśmy sobie już wakacje na Gran Canarii. A co!
poniedziałek, 9 stycznia 2012
piątek, 6 stycznia 2012
Prezent
Dostałam na urodziny PREZENT od męża. Bo nie tylko takie parszywe prezenty jak w poprzednich notkach dostałam, na szczęście. Prezent pojawił się w moje urodziny rano, z kawusią do łóżka, kubek z napisem "Najlepsza żona na świecie" z dopasowaną podkładką, w kubku elegancki malutki zielony notesik a w notesiku... karta z zaproszeniem do kliniki piękności na makijaż permanentny. Eeeee.... nie wiedziałam czy mam się cieszyć czy płakać, na wszelki wypadek zrobiłam i jedno i drugie. Bo miałam urodziny, bo dużo pieniędzy to kosztuje, a moglibyśmy wydać to na przykład na naprawę dachu, ale mąż na to że pracował więcej w grudniu to zarobił, że jak teraz tego nie zrobię to kiedy i w końcu żebym się nie wygłupiała bo dach i tak naprawimy, nie ma sprawy.
No więc idę tam dzisiaj, to znaczy idziemy razem, bo mąż płaci i wydaje mu się że się dobrze wytarguje, a ja myślę że będzie mnie namawiać jeszcze do różnych innych rzeczy. Tak, jestem podekscytowana. Tym bardziej że w salonie piękności (poza fryzjerem i masażem) byłam tylko raz, zrobić sobie paznokcie. Pani powiedziała wtedy że mam bardzo zadbane paznokcie więc po tej wizycie zadecydowałam że jak mam zadbane to onie sama będę dalej dbać. Nawiasem mówiąc, jak moje paznokcie były zadbane, to jakie mają inne kobiety?
No więc idę tam dzisiaj, to znaczy idziemy razem, bo mąż płaci i wydaje mu się że się dobrze wytarguje, a ja myślę że będzie mnie namawiać jeszcze do różnych innych rzeczy. Tak, jestem podekscytowana. Tym bardziej że w salonie piękności (poza fryzjerem i masażem) byłam tylko raz, zrobić sobie paznokcie. Pani powiedziała wtedy że mam bardzo zadbane paznokcie więc po tej wizycie zadecydowałam że jak mam zadbane to onie sama będę dalej dbać. Nawiasem mówiąc, jak moje paznokcie były zadbane, to jakie mają inne kobiety?
wtorek, 3 stycznia 2012
Znowu wieje.
A ja się dzisiaj naprawdę bałam. Straszliwa wichura była rano, takiej nigdy nie widziałam. Wiem, wiem, halny też wieje ale dla mnie to było straszne. Wywozili dziś śmieci więc kosze walały się po całej ulicy, obijały o samochody które niektórzy leniwi zapomnieli schować do garażu albo przynajmniej wwieźć na podwórko. Nasz kosz długo się dzielnie trzymał, blokowany za kółko krawężnikiem, ale w końcu i on poległ i od chwili kiedy mąż wyszedł po niego z domu do chwili kiedy zjawił się przed bramą, kosz znalazł się na końcu ulicy, na rondzie, jakieś 70 metrów dalej. Zatrzymał się na górze innych koszy.
Nasze jedyne drzewo a raczej krzew który z dwóch pni zrobił sobie jedną koronę, wygląda teraz jakby było podwójne, to znaczy straciło cały charakter i teraz bedziemy musieli je przyciąć. Kot wystraszony, ale na podwórko wyjść przecież musi, sam się nie odważy więc stoi przed drzwiami i miauczy żeby mu otworzyć. Otwierasz drzwi, a on stoi i się zastanawia, iść czy nie iść. Natura zwycięża i wychodzi. Biegnie do najbliższych krzaków i tam znika. Za minutę słychać tupot na podwórku, klapka strzela z wielkim hukiem, a kot wpada do domu galopem i pędzi po schodach na górę, w najdalszy kąt. I tak siedem razy.
Jutro wracam do pracy ble....
Nasze jedyne drzewo a raczej krzew który z dwóch pni zrobił sobie jedną koronę, wygląda teraz jakby było podwójne, to znaczy straciło cały charakter i teraz bedziemy musieli je przyciąć. Kot wystraszony, ale na podwórko wyjść przecież musi, sam się nie odważy więc stoi przed drzwiami i miauczy żeby mu otworzyć. Otwierasz drzwi, a on stoi i się zastanawia, iść czy nie iść. Natura zwycięża i wychodzi. Biegnie do najbliższych krzaków i tam znika. Za minutę słychać tupot na podwórku, klapka strzela z wielkim hukiem, a kot wpada do domu galopem i pędzi po schodach na górę, w najdalszy kąt. I tak siedem razy.
Jutro wracam do pracy ble....
Subskrybuj:
Posty (Atom)