We wtorek opisałam poniedziałkową kąpiel Tigusia. Zaznaczyłam że ostatni raz widziałam go w nocy z poniedziałku na wtorek. We wtorek kota nie było. Cały dzień. Całą kolejną noc. Jedzenie w misce nie tknięte. Migusia ma swoją suchą karmę, czasami tylko podjada mokrej z Tigusiowej miseczki. Ale tym razem nic nie uszczknęła. We wtorek wieczorem przeszukałam cały dom, garaż, cały ogród, wszystkie okoliczne krzaki, powiedziałam sąsiadom. Nikt go nie widział, a znają go przecież dobrze. W środę rano zobaczyłam że wieczorne jedzenie w miseczce nietknięte. Nałożyłam jak zwykle z myślą że może przyjdzie. Połowę zjadła Migusia. Reszta została. Jeszcze raz przeszukiwanie ogrodu, nawoływanie, potrząsanie ulubioną karmą. Nic. Wczoraj po południu miałam z nim iść do weterynarza. Wyszłam wcześniej z pracy, pędziłam na złamanie karku, wisząc na telefonie do dzieci, czy może jest, czy przyszedł, czy się znalazł. Nie ma. Cóż było robić, zadzwoniłam, odmówiłam wizytę, zapewniono mnie że w takim przypadku mam się nie umawiać tylko przychodzić z nim kiedy tylko się znajdzie. Wieczorem jeszcze raz poszukiwania. Kamień w wodę.
Wiem, ja sobie tak lekko o tym piszę, tak bez emocji, ale wyobraźcie sobie co ja przeżywałam. Kot chory, po operacji, w nie najlepszym stanie, niedożywiony, niemiłosiernie zestresowany, z pogryzioną prawie do krwi doopką, nie wiadomo czy pije, pewnie nie. Dzieci dostały instrukcję że jak się tylko pojawi, mają go zamknąć w którymś pokoju żeby nie mógł wyjść.
Wstałam dziś rano, z myślą co tu robić, kota nie ma kolejny dzień... Schodzę na dół nakarmić Migusię i słyszę głośne miałki - Tiggy! Z każdym kolejnym moim krokiem miałki coraz wyraźniejsze. Dzwi do salonu zamknięte, w salonie Tiguś. Widać że cholernie głodny więc pierwsze co to nałożyłam karmy do dwóch miseczek i położyłam na zwykłym miejscu. Rzucił się na jedzenie jakby od trzech nic nie jadł... no ale przecież nie jadł! Ja w tym czasie zrobiłam szybkie rozeznanie kota, niestety, w nie najlepszym stanie, łapki brudne i to nie z ziemi ale ze śliny wymieszanej z krwią. Dolno-tylne okolice - obraz nędzy i rozpaczy.
Na stole kartka z pismem córki: "Zamknęłam kota w salonie, idź z nim natychmiast do weterynarza bo się zachowuje dziwnie, warczy, syczy i ma jakąś infekcję na dupie".
W czasie gdy Tiguś pochłaniał karmę, zabezpieczyłam kocią klapkę żeby nie mógł wyjść. Migusię wypuściłam normalną drogą, czyli przez drzwi, jak będzie chciała to do domu wejdzie, ale z niego nie wyjdzie. Trudno. Szybko poszłam do garażu po kontenerek. Tiggy już czekał pod klapką, ale za bardzo nie chciał wychodzić, w każdym razie bardzo łatwo udało mi się go odsunąć od drzwi, kiedy wchodziłam.
Jako że było rano i musiałam się szykować do pracy, zostawiłam go w kuchni, wiedziałam że z domu nie wyjdzie, wszystkie szafki i schowki były pozamykane więc miejsc do ukrycia miał zdecydowanie mało. Poszłam więc spokojnie na górę się szykować. Kiedy zeszłam na dół zapakować go do kontenerka, ZONK - kota nie ma!!!! Przeszukałam jeszcze raz całą kuchnię, łącznie z szafkami, wszystkie pokoje na dole i górze, wszystkie schowki, szafki i kąty - kota nie ma! Sprawdziłam klapkę, zamknięta, nie ma mowy żeby wyszedł. No to gdzie? Przeszukałam wszystko jeszcze raz i pełna rozpaczy stanęłam w korytarzu. I coś mnie tknęło...
Dół mebli w kuchni zakończony jest szeroką listwą, w jednym miejscu delikatnie naruszoną i przesuniętą przez Migusię, która to z uporem maniaka próbowała się tam wciskać kiedy była mała, więc odsunęliśmy ten kawałek żeby sobie tam wchodziła. dziurka jest naprawdę mała, jakieś 10 x 10 cm, Migusia dawno tam już nie wchodziła, sądziliśmy że dlatego że się nie mieści, chociaż zostawiłam ją bo jak tylko zasunęłam listwę z powrotem na miejsce, to ona od razu tam była i ją odsuwała. Tiggy niegdy tam nie zaglądał, wyglądało na to że się po prostu nie mieścił (on jest znacznie większy od Migusi). No ale coś mnie tknęło, odsunęłam listwę, niestety kota pod meblami niet. Ale ale, przecież meble są w literkę C... Odsunęłam więc jakoś krótką prostopadłą listwę, która wcześniej nie była ruszana, patrzę a tam... oczywiście kot. Ja do teraz nie wiem jak on tam wlazł, ale jak wlazł to i wylazł, na szczęście wylazł bo ja bym go sama stamtąd nie wyciągnęła.. Z wielkim trudem zapakowałam go jakoś do kontenerka.
U weterynarza obraz największej mizerii. Język goi się dobrze, szwy zaczęły się już rozpuszczać i te miejsca są jeszcze troszkę opuchnięte. Dolny pyszczek zaczerwieniony, od ciągłego szarpania doopki. Doopka zaczerwieniona, podrażniona, łącznie z częścią ogona i górnych ud. Stracił nieco na wadze, jakieś 300 gram. A może i więcej, bo teraz był po jedzeniu, a waga dwóch saszetek które wsunął to jakieś 200 gram. I teraz jest kilka teorii. Pierwsza i najbardziej prawdopodobna że kotek nie radzi sobie z bólem i to nadmierne "wylizywanie" jest tego skutkiem. A to prowokuje nowy ból i tak kółko się zamyka. Nie wiadomo czy ma gorączkę bo za Chiny ludowe nie dał sobie wsadzić termometra. Dwie asystentki go trzymały i nie dały rady. Jako że antybiotyk który dostał przed operacją jeszcze działa, nie ma sensu aplikować mu nowego, dostał więc zastrzyk silnie przeciwbólowy i następny, silnie przeciwzapalny. I od tego zaczniemy. Jeśli mu się odrobinę poprawi do jutra to znaczy że trop jest dobry, dostanie leki przeciwzapalne i przeciwbólowe do domu i będziemy obserwować nadal. W dodatku dostałam puszkę specjalnej karmy na spróbowanie, jak będzie ją jadł to spróbujemy pokarmić jeszcze parę dni tą specjalną karmą. Jeśli do jutra mu się nie poprawi, prawdopodobnie będzie musiał zostać uspany jeszcze raz żeby mogli obejrzeć dokładnie jego język, bo to co można zobaczyć to jest tylko góra, w żaden spósób nie można języka podnieść i zobaczyć go od dołu, a może tam właśnie coś się dzieje. Ale to jest mniej prawdopodobna teoria. Trzecia teoria jest że kot może mieć infekcję dróg moczowych, ale też raczej mało prawdopodobna bo nie pije dużo i nie sika co chwilę gdzie popadnie. A ostatnia teoria jest że to są zaburzenia behawioralne i te będziemy leczyć na końcu, gdy wszystko inne zawiedzie. A na razie jedziemy po kolei, nie ma sensu podawać wszystkich leków na raz bo nie wiadomo który zadziała więc zaczynamy od najbardziej prawdopodobnej teorii.
Boszszsze, niech w końcu coś zadziała!!! A kot wypuszczony w domu wlazł z powrotem do swojej kryjówki pod meblami w kuchni! Ja naprawdę nie wiem jak on się tam zmieścił ale widziałam jak wchodził. Przynajmniej wiem gdzie jest.
*******************************
I tu apel do GosiAnki Wrocławianki - Gosiu, przeszukajcie dokładnie całe podwórko i dom, nigdy nie wiadomo co im do głowy strzeli ze strachu, a przerażony kot może siedzieć bez ruchu nawet i kilka dni. Teraz już przekonałam się na własnej skórze - KOT WSZĘDZIE WEJDZIE!!! Kayron to duży kot, ale nawet duży kot potrafi się zmniejszyć i rozciągnąć w niteczkę. A zawsze najciemniej pod latarnią.
Kciuki kciuki kciuki. Na pewno się znajdzie.
czwartek, 14 sierpnia 2014
środa, 13 sierpnia 2014
A w sobotę było tak...
Fringe Festival w pełni, więc trzeba było na miasto wyskoczyć zobaczyć co tam dają. W tym roku jest on podobno największy jaki był do tej pory, a że miasto skończyło już budowę linii tramwajowej, wygląda to jak za starych dobrych czasów. Czyli tłumy tłumy tłumy.
Fringe jest największym festiwalem artystycznym na świecie, tysiące przedstawień, setki tysięcy turystów. Miasto wrze. Co roku wybieramy się pooglądać co ciekawego można zobaczyć ale jakoś przez tyle lat nie było okazji pójść na żadne przedstawienie. Może w tym roku będzie inaczej, ale mówię Wam, to jest mordęga przejść przez katalog. Za dużo tego, za dużo jak dla takiego spokojnego człeka czyli mnie.
Więcej o fringe można poczytać tu i tu ale niestety tylko po angielsku. Po polsku tylko tyle.
Dzisiaj chcę Wam zaproponować żebyście udali się ze mną na krótką wycieczkę po centrum. Krótka bo po centrum, ale wcale nie taka krótka czasowo. Zapraszam.
Zaparkowaliśmy gdzieś w bocznej uliczce nieopodal centrum, tam gdzie parkingi w sobotę już są bezpłatne. Wystarczy przejść 10 minut na piechotę. Idziemy pod górę, w stronę Princess Street.
Na placu naprzeciwko hotelu Balmoral jak zwykle coś się dzieje. Oprócz muzyki i tańców pan uprawia malartswo chodnikowe. Ciekawe co to będzie... hmmm...
Fringe jest największym festiwalem artystycznym na świecie, tysiące przedstawień, setki tysięcy turystów. Miasto wrze. Co roku wybieramy się pooglądać co ciekawego można zobaczyć ale jakoś przez tyle lat nie było okazji pójść na żadne przedstawienie. Może w tym roku będzie inaczej, ale mówię Wam, to jest mordęga przejść przez katalog. Za dużo tego, za dużo jak dla takiego spokojnego człeka czyli mnie.
Więcej o fringe można poczytać tu i tu ale niestety tylko po angielsku. Po polsku tylko tyle.
Dzisiaj chcę Wam zaproponować żebyście udali się ze mną na krótką wycieczkę po centrum. Krótka bo po centrum, ale wcale nie taka krótka czasowo. Zapraszam.
Zaparkowaliśmy gdzieś w bocznej uliczce nieopodal centrum, tam gdzie parkingi w sobotę już są bezpłatne. Wystarczy przejść 10 minut na piechotę. Idziemy pod górę, w stronę Princess Street.
Na placu naprzeciwko hotelu Balmoral jak zwykle coś się dzieje. Oprócz muzyki i tańców pan uprawia malartswo chodnikowe. Ciekawe co to będzie... hmmm...
Nie stoimy długo, idziemy dalej bo syn chce do sklepu wstąpić po jakąś koszulkę. Szybko przebiegamy więc przez Princess Street, ale koło tego nie możemy przejść obojętnie. Pan bawi się piaskiem...
Po nie-zakupie koszulki (bo "nie było" ha ha), rzucamy się w tłum koło National Galleries. Mijamy jakiegoś niewydarzonego Jacka Sparrow.
NIestety, ze względu na zbyt duży tłum decydujemy się nie przeciskać przez plac przy Galeriach ale idziemy obok, pustą ulicą the Mound prowadzącą na Market Street... Hmmm... pusta ulica... ciekawe dlaczego. Ano dlatego! Właśnie zaczyna się demonstracja przeciwko przemocy w Palestynie. Tłum skanduje "Free Free Palestine". Uciekamy na górę. Ale patrzymy. Nie widzimy takich demonstracji na codzień.
Demostracja przeszła sobie na Princess Street i pewnie w stronę siedziby rządu na Waterloo, ja tam nie wiem, my idziemy w stronę Zamku. Chcę zobaczyć jak wyglądają puste trybuny zbudowane na Military Tatoo (i nie tylko).
O tak wyglądają!
Poszwendawszy się trochę po placu zapada decyzja że tzreba dalej. No to robimy w tył zwrot i schodzimy na Royal Mile. Uwielbiam Royal Mile. Szczególnie na Fringe. Tu widzicie w co my się zaraz wpakujemy.
Po drodze zaczynamy mijać różnych takich... przebierańców. Ta dziewczyna akurat była śliczna. Ta w złotym :-)
Festival to czas kiedy różni "artyści" mogą sobie dorobić, ta dziewczyna na górze zarabia poprzez pozowanie (ten kociołek to na pieniądze) a ten przystojny młodzieniec na dole zarabia grając.
Ten pusty placyk to jest rondo. Tak tak, ulica. Po której jeżdżą samochody z dostawami do sklepików i autokary z turystami. Trzeba bardzo uważać.
No i się zaczyna. Ci panowie tutaj nie zarabiają pozowaniem (choć chyba jednak też). Oni promują jakieś przedstawienie.
Podobnie jak ci państwo na dole. Pewnie nie widać dokładnie, bo zauważyłam dopiero po zrobieniu zdjęcia, ale ten pan ma w ręce.... no właśnie, co????
Tak dla odmiany, przechodzimy na tyły St Giles Cathedral, jakoś nigdy tej katedry nie zrobiłam od tyłu. A tam proszę, takie widoczki. Bo u nas w katedrach też są kawiarnie i sklepiki. Kościół ma na siebie zarabiać!
Ten pan miał na sobie bardzo dziwne urządzenie do dmuchania w kobzę (czy raczej dudy, jak zwał tak zwał) - domowy odkurzacz.
Nie wiem co ten pan promował.
Ale jak zobaczył że robię zdjęcie, ładnie się ustawił :-)
Nie wiem czy ci na dole to odpoczywają czy tak ma być.
Bo ci tutaj to... nazwa sztuki mówi sama za siebie.
A teraz coś specjalnie dla Gosianki Wrocławianki i Roberta.
Nawet wzięłam ulotkę, a co!
Idziemy dalej. Co rusz takie widoki.
Żeby nie było że jestem gołosłowna i ten tłum to sobie wymyśliłam. To zdjęcie zrobione z wysokości ponad dwóch metrów, ręcyma mojego synka.
A to z wysokości lilipuciej czyli mojej.
Nie wiadomo czy jest kolejka do sklepu z biletami na festiwal i gdzie ta kolejka... Wszędzie tłumy tłumy tłumy.
A w tłumie niosą nieboszczyka.
Tym też niewiele już brakuje do śmierci. A może oni już po????
Oczywiście coś do wyciągania kasy z kieszeni rodziców.
Tego pana to skądś pamiętamy...
Nie było mojej ulubionej pani zakolczykowanej i wytatuażowanej. Ale pewnie będzie, zresztą ona tu mieszka więc na pewno się jeszcze pokaże. Po prawie dwugodzinnym przedzieraniu się przez mniejsze i większe zagęszczenia ludzkie udaliśmy się do afgańskiej restauracji w celu napełnienia burczących brzuszysk. Przeszliśmy sobie przez z powrotem na Princess Street. Widzimy jak ludzie się schylają po coś na ulicach. Ano po to:
Takie "pieniążki" porozrzucane były po całym Proincess Street. Na pierwszy rzut oka - banknot 20-funtowy. A w rzeczywistości - ulotka mongolskiej restauracji. Bardzo pomysłowe. Ciekawym było zobaczyć jak ludzie reagują na 20 funtów na ulicy :-))))
Żeby dojść do samochodu przechodzimy przez St James Square. Już tu kiedyś ze mną byliście, nawet kilka razy, ostatnio chyba w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Tym razem plac wygląda tak:
Tam w tłumie jakiś zespół gra, ludzie stoją i patrzą, jedzą i piją... Dobrze że my już napełnieni jesteśmy, to nie żal.
Musimy oczywiście wejść do polowej galerii sztuki.
Takie i jeszcze wiele innych można było sobie kupić. Cena - bagatela, kilka tysięcy funtów za sztukę. Tak ceni się sztuka prawdziwa.
Na koniec mijamy ogródek z ptakami łownymi, na przykład sowy...
I takie coś.... Sokół???
A ta sowa była naprawdę olbrzymia...
No i tak dobrnęliśmy do końca wycieczki. Pogoda dopisała, tłumy oczywiście też. I bardzo dobrze że wybraliśmy się w sobotę, bo w niedzielę zaczęło podać i duż i tak pada i duje aż do dzisiaj...
wtorek, 12 sierpnia 2014
Kot pod prysznicem.
Coś mi się kolejna wycieczka odsuwa na dalszy plan, ale materiały wszystkie mam to w końcu kiedyś Was na nią zabiorę. Na razie walczymy z kotami. Właściwie z jednym. Oesu, co ja wczoraj miałam!
Całą niedzielę przesiedziałam na internecie poszukując informacji na temat kąpieli kotów. Wyczytałam i wyoglądałam prawie wszystko co chciałam wiedzieć, z jednym szczegółem - Pełno jest informacji o tym jak kąpać kota, można znaleźć zdjęcia zmoczonych jak kura kociaków, biednych i nieszczęśliwych, natomiast nigdzie nie znalazłam ani wzmianki o tym jak może zachować się kot w wannie. Szczególnie mój Tiggy, który kotem nakolanowym przecież w ogóle nie jest, a pogłaskanie go w nieodpowiednie miejsce może skończyć się odgryzieniem ręki.
Dla przypomnienia powiem że Tiggy w niedzielę wyglądał jak jedna wielka kupa nieszczęścia, podgryzał się nieustannie w okolicach powszechnie uznanych za wstydliwe, futro na grzbiecie wyglądało jeszcze okej, ale pod spodem to już po prostu obraz kociej nędzy. Minęły już prawie dwa tygodnie od wypadku, a co najmniej 10 dni od operacji, kot przez cały ten czas nie mógł się lizać więc się podgryzał. W ślinie natomiast były spore ślady krwi, która sączyła się z pokiereszowanego języka i on tę ślinę przenosił sobie na futerko, przede wszystkim na łapy i doopkę. Które to łapy i doopka nosiły także ślady kocich sików, bo przecież mu się u weta nieźle popuściło. Z tego wszystkiego jeszcze przestał jeść. Nie jadł nic całą niedzielę. I w poniedziałek rano również nic. W ogóle go nie było zresztą widać bo się bardzo umiejętnie ukrywał, nie mam pojęcia gdzie. No ale koniec końców dojrzałam do decyzji że wet wetem ale czysty kot to bardziej szczęśliwy kot i trza kota wykąpać.
Po pracy wczoraj podjechałam do sklepu zakupić szampon, ale ciemna jak tabaka w rogu nie widziałam żadnego szamponu dla kotów w całym sektorze szamponim. Zapytałam panienki przy kasie, zaprowadziła mnie w miejsce w którym przed chwilą stałam pół godziny i pokazała mi to na co przecież patrzyłam ale moje oczy nie widziały. I wyjaśniła przy okazji co jest do czego, że tu zwykły szampon na mokro, tu taki specjalny na sucho do wyczesania, a tu takie fajne ściereczki do wycierania kotka jak się lekko przybrudzi. No ściereczki rzeczywiście super, ale dla Migusi chyba, gdzie ja Tigusia po doopce taką ściereczką przetrę? Zakupiłam więc byłam zwykły szampon, który dla zmyłki miał napisane "Made in PRC" żeby ludzi tak bardzo w oczy nie kłuło. Bo co chińskie to... wiadomo. Ale nie ma rady, innej produkcji nie mieli.
No i teraz dyskusja z synem - jak go uprać. Dobrze że w ogóle wyczaiłam gdzie on siedział, bo byśmy jeszcze kota szukali przez pół dnia. Najpierw jednak rozpuściłam szampon w wodzie w zalecanej proporcji 1:6 (albo coś kole tego) w misce. Miska stała już w brodziku. A właściwie w wannie bo ja mam taki specjalny prysznic z głębokim brodzikiem co bym się mogła wyłożyć jakbym chciała. Pozostało umieścić w nim kota. Za radą Klarki postanowiłam użyć poszewki na poduszkę. Ale to nie takie proste, nie nie nie... Najpierw poćwiczyliśmy trochę na Migusi, ale ona uznała to za świetną zabawę i wiadomo było że próba nie może zostać uznana za satysfakcjonującą ze względu na nieadekwatne zachowanie modelki.
No to teraz powiem co i jak.
Jako że Tiguś siedział w swoim domku, złapanie go w poszewkę poszło gładko. Wystarczyło dziurę od poszewki przystawić do dziury w domku i przechylić domek troszkę wysypując z niego kota. Rzucającego się w poszewce kota zaniosłam na górę do łazienki, starannie unikając pazurów wystających przez materiał. Dodam że cały kot był w poszewce, bo nijak nie dało mu się wystawić głowy. Po przeniesieniu na plan operacyjny część kota która wydawała się być dolną została umieszczona w misce z szamponem a miejsce w którym miała być głowa kota miało wystawać na powierzchni. Wszystko byłoby dobrze gdyby kot był nieruchomy, niestety głowa zaczęła się niebezpiecznie przemieszczać więc w obawie przed utopieniem kota uwolniliśmy go z poszewki. W tym momencie należy podziwiać moją szybkość i sprawność, bo zanim kot zdążył się wysunąć całkowicie z worka, ja już byłam w wannie razem z nim a pomocnik w osobie syna pilnował żeby cudem kabina się nie otworzyła no i ogóle był w pogotowiu w razie czego.
Ja oczywiście byłam na boso, miałam na sobie stare spodnie dresowe i polar, żeby zminimalizować ślady ewentualnych ukąszeń. Prysznic miałam już przygotowany na odpowiednią temperaturę, nie za zimną nie za ciepłą, jak pisali - w temperaturze kota czyli jakieś 37 stopni. Kubek też miałam przygotowany. No i oczywiście kota. I tu okazało się że jak się takiego kota poleje wodą to on prawie nieruchomieje. No przynajmniej na chwilę. A potem nie chce mu się walczyć z ręką która go polewa i szoruje bo musi walczyć z zachowaniem równowagi i chęcią ucieczki z wody. Moja wanna ma taką półkę do siedzenia więc kot co chwilę wdrapywał się na nią w ucieczce przed kubkiem. Ale to właśnie dało mi przewagę bo on musiał używać wszystkich czterech łap do utrzymania równowagi w śliskim środowisku. Nie czekając na nic polewałam go tym szamponem z kubka jedną ręką i szorowałam gdzie trzeba drugą. Nawet łapy udało mi się poprzecierać. W ferworze walki z żywiołem Tigusiowi udało się (a fe) strzelić małego klocka ale z pomocą syna i rolki papieru klocek został usunięty a mnie udało się nie zemdleć. Jak już się szampon skończył, trzeba było kota wypłukać i użyłam do tego prysznica, który kierowałam na swoją rękę a woda już z ręki kapała na Tigusia. W międzyczasie zatkałam sobie przypadkowo korek i woda nie schodziła, ale zauważyłam w porę i już wszystko poszło gładko. Do momentu jak trzeba było kota wytrzeć a raczej wysączyć. Żałowałam wtedy że nie obejrzałam filmiku pokazującego jak zawinąć kota w ręcznik.
Ręczniki przygotowałam dwa. Najpierw, jeszcze w kabinie, w jakiś sposób opatuliłam kota niezdarnie i odsączyłam trochę wilgoci, jak już ręcznik cąły przesiąkł wzięłam drugi. I tak opatulonego kota wyniosłam z łazienki do mojej sypialni. Szkoda że nie zauważyłam że wystawały mu dwie łapy, bo niestety jak z ręcznika wyskoczył to już nie udało mi się tych łap powycierać.
A kot pierwsze co zrobił to zwiał do kąta, a potem pod łóżko. I tam siedział. A ja zamknęłam pokój i poszłam po miskę z jedzeniem bo uznałam że jak się tak namęczył to pewnie zgłodniał. Zaniosłam mu profilaktycznie pół saszetki, czekał na mnie pod drzwiami i rzucił się jak wygłodniały wilk na jedzenie. Do którego wlałam mu parę kropelek Bacha na uspokojenie. Następnie doniosłam mu kolejną saszetkę którą z takim samym apetytem skonsumował. Po czym zaszył się pod łóżkiem i tam siedział cały wieczór.
Około godziny dziesiątej wieczorem wyszedł spod łóżka i kazał się wpuścić na parapet. Nie był pewien czego się spodziewać, ale go nie dotykałam, tylko mówiłam do niego. Pogłaskałam go kilka razy gdy siedział na parapecie, łapy nadał nie były za suche. Po godzinie przeniósł się na łóżko, gdzie zaczął znowu się podgryzać w tylną część ciała. Ale już zauważyłam postęp bo tym razem nie tylko szarpał futerko zębami ale także używał języka. Pewnie sam jeszcze nie do końca z tego zdawał sobie sprawę, w każdym razie po dłuższym czasie jego łapy już zaczęły wyglądać jak kocie łapy a nie jak strzępy kłaków, a on zapadł w drzemkę. W nocy gdzieś poszedł i już go do tej pory nie widziałam.
Tak że widzicie, obyło się bez ran ciętych i szarpanych, Stresu najadł się kot co niemiara, ale uważam że lepszy taki stres dla kota niż jego brudne futerko. Najważniejsze że język się goi, ślina już z pyska nie cieknie. Do weta spróbuję pójść w wyznaczonej porze jutro, ale czy da radę to czas pokaże. Mam nadzieję że uda mu się nie zniknąć. Teraz będzie trzeba kota leczyć ze stresu. Ech, zawsze coś....
Całą niedzielę przesiedziałam na internecie poszukując informacji na temat kąpieli kotów. Wyczytałam i wyoglądałam prawie wszystko co chciałam wiedzieć, z jednym szczegółem - Pełno jest informacji o tym jak kąpać kota, można znaleźć zdjęcia zmoczonych jak kura kociaków, biednych i nieszczęśliwych, natomiast nigdzie nie znalazłam ani wzmianki o tym jak może zachować się kot w wannie. Szczególnie mój Tiggy, który kotem nakolanowym przecież w ogóle nie jest, a pogłaskanie go w nieodpowiednie miejsce może skończyć się odgryzieniem ręki.
Dla przypomnienia powiem że Tiggy w niedzielę wyglądał jak jedna wielka kupa nieszczęścia, podgryzał się nieustannie w okolicach powszechnie uznanych za wstydliwe, futro na grzbiecie wyglądało jeszcze okej, ale pod spodem to już po prostu obraz kociej nędzy. Minęły już prawie dwa tygodnie od wypadku, a co najmniej 10 dni od operacji, kot przez cały ten czas nie mógł się lizać więc się podgryzał. W ślinie natomiast były spore ślady krwi, która sączyła się z pokiereszowanego języka i on tę ślinę przenosił sobie na futerko, przede wszystkim na łapy i doopkę. Które to łapy i doopka nosiły także ślady kocich sików, bo przecież mu się u weta nieźle popuściło. Z tego wszystkiego jeszcze przestał jeść. Nie jadł nic całą niedzielę. I w poniedziałek rano również nic. W ogóle go nie było zresztą widać bo się bardzo umiejętnie ukrywał, nie mam pojęcia gdzie. No ale koniec końców dojrzałam do decyzji że wet wetem ale czysty kot to bardziej szczęśliwy kot i trza kota wykąpać.
Po pracy wczoraj podjechałam do sklepu zakupić szampon, ale ciemna jak tabaka w rogu nie widziałam żadnego szamponu dla kotów w całym sektorze szamponim. Zapytałam panienki przy kasie, zaprowadziła mnie w miejsce w którym przed chwilą stałam pół godziny i pokazała mi to na co przecież patrzyłam ale moje oczy nie widziały. I wyjaśniła przy okazji co jest do czego, że tu zwykły szampon na mokro, tu taki specjalny na sucho do wyczesania, a tu takie fajne ściereczki do wycierania kotka jak się lekko przybrudzi. No ściereczki rzeczywiście super, ale dla Migusi chyba, gdzie ja Tigusia po doopce taką ściereczką przetrę? Zakupiłam więc byłam zwykły szampon, który dla zmyłki miał napisane "Made in PRC" żeby ludzi tak bardzo w oczy nie kłuło. Bo co chińskie to... wiadomo. Ale nie ma rady, innej produkcji nie mieli.
No i teraz dyskusja z synem - jak go uprać. Dobrze że w ogóle wyczaiłam gdzie on siedział, bo byśmy jeszcze kota szukali przez pół dnia. Najpierw jednak rozpuściłam szampon w wodzie w zalecanej proporcji 1:6 (albo coś kole tego) w misce. Miska stała już w brodziku. A właściwie w wannie bo ja mam taki specjalny prysznic z głębokim brodzikiem co bym się mogła wyłożyć jakbym chciała. Pozostało umieścić w nim kota. Za radą Klarki postanowiłam użyć poszewki na poduszkę. Ale to nie takie proste, nie nie nie... Najpierw poćwiczyliśmy trochę na Migusi, ale ona uznała to za świetną zabawę i wiadomo było że próba nie może zostać uznana za satysfakcjonującą ze względu na nieadekwatne zachowanie modelki.
No to teraz powiem co i jak.
Jako że Tiguś siedział w swoim domku, złapanie go w poszewkę poszło gładko. Wystarczyło dziurę od poszewki przystawić do dziury w domku i przechylić domek troszkę wysypując z niego kota. Rzucającego się w poszewce kota zaniosłam na górę do łazienki, starannie unikając pazurów wystających przez materiał. Dodam że cały kot był w poszewce, bo nijak nie dało mu się wystawić głowy. Po przeniesieniu na plan operacyjny część kota która wydawała się być dolną została umieszczona w misce z szamponem a miejsce w którym miała być głowa kota miało wystawać na powierzchni. Wszystko byłoby dobrze gdyby kot był nieruchomy, niestety głowa zaczęła się niebezpiecznie przemieszczać więc w obawie przed utopieniem kota uwolniliśmy go z poszewki. W tym momencie należy podziwiać moją szybkość i sprawność, bo zanim kot zdążył się wysunąć całkowicie z worka, ja już byłam w wannie razem z nim a pomocnik w osobie syna pilnował żeby cudem kabina się nie otworzyła no i ogóle był w pogotowiu w razie czego.
Ja oczywiście byłam na boso, miałam na sobie stare spodnie dresowe i polar, żeby zminimalizować ślady ewentualnych ukąszeń. Prysznic miałam już przygotowany na odpowiednią temperaturę, nie za zimną nie za ciepłą, jak pisali - w temperaturze kota czyli jakieś 37 stopni. Kubek też miałam przygotowany. No i oczywiście kota. I tu okazało się że jak się takiego kota poleje wodą to on prawie nieruchomieje. No przynajmniej na chwilę. A potem nie chce mu się walczyć z ręką która go polewa i szoruje bo musi walczyć z zachowaniem równowagi i chęcią ucieczki z wody. Moja wanna ma taką półkę do siedzenia więc kot co chwilę wdrapywał się na nią w ucieczce przed kubkiem. Ale to właśnie dało mi przewagę bo on musiał używać wszystkich czterech łap do utrzymania równowagi w śliskim środowisku. Nie czekając na nic polewałam go tym szamponem z kubka jedną ręką i szorowałam gdzie trzeba drugą. Nawet łapy udało mi się poprzecierać. W ferworze walki z żywiołem Tigusiowi udało się (a fe) strzelić małego klocka ale z pomocą syna i rolki papieru klocek został usunięty a mnie udało się nie zemdleć. Jak już się szampon skończył, trzeba było kota wypłukać i użyłam do tego prysznica, który kierowałam na swoją rękę a woda już z ręki kapała na Tigusia. W międzyczasie zatkałam sobie przypadkowo korek i woda nie schodziła, ale zauważyłam w porę i już wszystko poszło gładko. Do momentu jak trzeba było kota wytrzeć a raczej wysączyć. Żałowałam wtedy że nie obejrzałam filmiku pokazującego jak zawinąć kota w ręcznik.
Ręczniki przygotowałam dwa. Najpierw, jeszcze w kabinie, w jakiś sposób opatuliłam kota niezdarnie i odsączyłam trochę wilgoci, jak już ręcznik cąły przesiąkł wzięłam drugi. I tak opatulonego kota wyniosłam z łazienki do mojej sypialni. Szkoda że nie zauważyłam że wystawały mu dwie łapy, bo niestety jak z ręcznika wyskoczył to już nie udało mi się tych łap powycierać.
A kot pierwsze co zrobił to zwiał do kąta, a potem pod łóżko. I tam siedział. A ja zamknęłam pokój i poszłam po miskę z jedzeniem bo uznałam że jak się tak namęczył to pewnie zgłodniał. Zaniosłam mu profilaktycznie pół saszetki, czekał na mnie pod drzwiami i rzucił się jak wygłodniały wilk na jedzenie. Do którego wlałam mu parę kropelek Bacha na uspokojenie. Następnie doniosłam mu kolejną saszetkę którą z takim samym apetytem skonsumował. Po czym zaszył się pod łóżkiem i tam siedział cały wieczór.
Około godziny dziesiątej wieczorem wyszedł spod łóżka i kazał się wpuścić na parapet. Nie był pewien czego się spodziewać, ale go nie dotykałam, tylko mówiłam do niego. Pogłaskałam go kilka razy gdy siedział na parapecie, łapy nadał nie były za suche. Po godzinie przeniósł się na łóżko, gdzie zaczął znowu się podgryzać w tylną część ciała. Ale już zauważyłam postęp bo tym razem nie tylko szarpał futerko zębami ale także używał języka. Pewnie sam jeszcze nie do końca z tego zdawał sobie sprawę, w każdym razie po dłuższym czasie jego łapy już zaczęły wyglądać jak kocie łapy a nie jak strzępy kłaków, a on zapadł w drzemkę. W nocy gdzieś poszedł i już go do tej pory nie widziałam.
Tak że widzicie, obyło się bez ran ciętych i szarpanych, Stresu najadł się kot co niemiara, ale uważam że lepszy taki stres dla kota niż jego brudne futerko. Najważniejsze że język się goi, ślina już z pyska nie cieknie. Do weta spróbuję pójść w wyznaczonej porze jutro, ale czy da radę to czas pokaże. Mam nadzieję że uda mu się nie zniknąć. Teraz będzie trzeba kota leczyć ze stresu. Ech, zawsze coś....
Subskrybuj:
Posty (Atom)