środa, 6 sierpnia 2014

Sagi kociej ciąg dalszy

Wczoraj miałam zabrać Tigusia do weta na sprawdzenie stanu pooperacyjnego. Z pracy uciekłam piętnaście minut wcześniej. Pędziłam na złamanie karku. Przyjeżdżam do domu - wita mnie Migusia. No dobrze, a gdzie Tiggy? Nie ma. Chodzę, wołam, szukam, trzaskam miskami i szeleszczę karmą, przecież to jego pora karmienia, on NIGDY jej nie opuścił. Nie ma. Kamień w wodę. Dałam jeść Miguśce bo już nie mogła wytrzymać, a jego nie ma. Godzina spotkania z wetem nadejszła, a jego nie ma. Dzwonię więc do lecznicy i mówię że Tiggy nie przyjdzie bo sobie zwiał. Przemówiliśmy się na dziś rano, z nadzieją że porannej miski nie przepuści.
Wrócił około siódmej. Drań.
Dzisiaj rano po nażarciu się, znowu znikł. Myślę sobie - nosz kurna, znowu???? Ale dzisiaj padał deszcz więc uznałam że koty po deszczu nie za bardzo lubią chodzić, choć z nim to nigdy nie wiadomo, taki kot. Przeszukałam dokładnie cały dom i znalazłam dziada. Siedział w schowku na bieliznę, ukrywał się pomiędzy kocami. Cudem dał się stamtąd wytaszczyć bo o dobrowolnym opuszczeniu miejsca mowy być nie mogło. Wytaszczywszy go ze schowka dokonałam morderczej walki z tylnymi łapami Tigusia które za nic nie chciały się zgiąć i wcisnąć do kontenerka. Dobrze że przednia część Tigusia jakimś sposobem została wtłamszona wcześniej to było łatwiej. Zanim nadeszła pomoc w postaci córki, tylne łapy Tigusia się już poddały i cały kot zmieścił się w kontenerku.
W lecznicy oczywiście płakał rzewnymi łzami na całe gardło, dobrze że został szybko przyjęty bo panie recepcjonistki musiały wrzeszczeć do słuchawki, nie wiem jak udało im się cokolwiek usłyszeć. W gabinecie wszystkie cztery łapy Tigusia zesztywniały w kontenerku ale doświadczony pan weteryniarz dał sobie radę bez użycia kłów i pazurów. Tigusiowych oczywiście.
No i cóż, teraz nie najweselsza część opowieści. Czubek języka się nie zrósł, rana była już za stara gdy go operowano i zaczęła się wygajać. No a przecież nie będą cięli języka i ponownie go zszywali. Na szczęście reszta która była mocniej porozrywana, goi się ładnie. Tiggy będzie więc miał rozszczepiony koniuszek języka do końca życia. Jak to wpłynie na jego czynności życiowe? Pan twierdzi że nie będzie miało to żadnego wpływu jak tylko język się już zagoi. Podobno wiele kotów doznaje takich urazów. Zapytałam o prawdopodobną przyczynę - oczywiście nie można niczego potwierdzić w stu procentach, ale najczęstszą przyczyną takich urazów języka u kotów jest niestety wylizanie otwartej puszki po sardynkach czy innej rybce. Koty często przeszukują pojemniki z materiałami do recyclingu bo są łatwiej dostępne i o wypadek nie trudno. Drugą prawdopodobną przyczyną mogłaby być potencjalna ofiara kota, która ugryzłaby go w język, ale w tym przypadku to tak nie wygląda. Więc stawiamy na puszkę.
Następna wizyta kontrolna za tydzień. Już powinno byc całkiem dobrze. A Tiggy... może skojarzy w przyszłości otwartą puszkę z bólem, może nie. Cóż, samo życie, kociej natury się nie zmieni.
Będę miała kota ze żmijowym językiem. I tak to...

wtorek, 5 sierpnia 2014

Powitania czar

Dziecię mię z wakacji powróciło, całe i zdrowe choć kompletnie wyczerpane. Podobnie zresztę jak jego mamuśka, ale nie ma się co dziwić, w końcu spaliśmy tyle samo choć w innych warunkach. To i tak dobrze że im się udało w 27 godzin samochodem z Polski obrócić. A ja oczywiście całą noc nie spałam, czytając i wysyłając smsy. No dobra, grałam w gry i czytałam, bo musiałam czuwać, w przerwach przysypiając na 20 minut. Zapis "rozmowy". S - syn, J - ja.
Godz. 20.18
S: Juz jestesmy w UK
Godz. 23.20
S: Gdzies o 5 czy cos takiego (w znaczeniu że będą w domu około piątej rano)
J: OK. Drzwi beda otwarte. Ja i tak sie obudze
Godz. 2.39
J: Gdzie mniej więcej jesteście teraz?
S: Dopiero za Leeds. Te wielkie i poukładane i inteligentne brytyjskie umysly sa popierdolone i  jedziemy 50 bo gnojki debile wstawili kamery i roadworks wszedzie bo sa idiotami i pierdola wszystko bo sa gnojkami pieprzonymi i jest gowno jedzie sie jak slimak i gowno i jest gowno bo sie jedzie wolno i jest niebezpiecznie przez piepszone kamery idioci***
J (szybko wpisując Leeds w iMapę): Ojej, to jeszcze jakies 4 godziny :-(((((( no nic, nie denerwuj sie synku. Dacie rade
***pisownia oryginalna :-) to mi się synek zbiesił! 50 znaczy 50 mil na godzinę to jest jakieś 75 km/h. niezłe tempo!
Godz. 5.35
J: Już jestescie w Szkocji?
S: Nie. Przed Berwick.
Koniec zapisu,
A ja westchnęłam - och, to mam jeszcze z godzinkę spania... Obudził mnie lekki trzask drzwi łazienki. Patrzę na zegarek, za dziesięć siódma. Pomyślałam, och, córka już wstała... ale ale, to może być też synuś... Pierdzielę, nie wstaję, poczekam. Jak będzie następny trzask to znaczy że córka. Jak nie będzie to syn. Nie było. Cholewcia, trza jednak wstawać. Buziak, uściski i rozpakowanie toreb. A potem do pracy.
Kurtyna.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

O zmaganiach - pewnie po raz ostatni...

Do napisania tego posta natchnęła mnie Anonimowa Czytelniczka (no nie taka anonimowa, skoro dała mi się domyślić kim jest), która w jednym z komentarzy napisała: "Zastanawiające jest dlaczego dusza wędrująca nie może zrealizować marzeń ? A może tu chodzi o karmę - to co dajesz, to wraca..." Napisała owa Czytelniczka znacznie więcej słów, ale ani nie będę ich tu przytaczać, ani nie mam zamiaru się w żaden sposób do nich ustosunkować. Ot, co tam chciała to napisała, buk z nią. Aż mi się rzuca tutaj na klawiaturę inne słowo na cztery litery, ale jak mówi Stardust, tak zupełnie bezkarnie to będę mogła dopiero po pięćdziesiątce więc się jeszcze wstrzymam :-)

"Zmagania duszy z ciałem" to tytuł nad którym zastanawiałam się długo i głęboko. Gdy zakładałam bloga, taki był mój świat. Odwieczna walka sumienia z potrzebami, walka dobra i zła, walka o swoje, która dotyczy nie tylko mnie przecież, myślę że niewielu jest takich których taka wojna jednak nie spotkała. Być może to ludzie bez sumienia, być może znaleźli już swoją ścieżkę w życiu, być może nie mają po prostu na nic czasu. Moja walka duszy z ciałem to głównie historia poszukiwania samej siebie, chciałabym napisać o odkrywaniu siebie na nowo, ale... zauważyłam że nie ma co odkrywać skoro przez całe życie nie było mi dane być tym kim tak naprawdę chcę. Niech więc będzie o poszukiwaniu i odnalezieniu, i choć jeszcze nie jestem do końca pewna czy to co odnalazłam ma jednak jakiś sens, inaczej nie będzie. Najwyżej okaże się za parę lat że życie jest bez sensu, ale w to akurat to ja sama dobrowolnie nigdy nie uwierzę. 

 "To co dajesz to wraca..." Jak zwał tak zwał, dla niektórych może to być karma. Dla innych szczęście. Dla innych po prostu realizacja siebie. Tak, zgadzam się z tym poglądem już od bardzo dawna, szkoda tylko że Ci  którym się tak naprawdę należy, dostali od życia w dupę troszkę za słabo jak na moje pojmowanie karmy. Cóż, pambuk nierychliwy ale sprawiedliwy, mówią. To taka polska karma właśnie, ale gdzie mi tam do polskiej karmy, ja już dawno z niej wyrosłam. Mówią także międzynarodowo że co nas nie zabije to nas wzmocni. I z tym także się zgadzam. Podstawowa zasada - nie dać się zabić, a jak biją to uciekać! Ja tam wierzę w jeszcze jedno - nic nie dzieje się bez przyczyny. Aż niewiarygodnie ile sloganów udało mi się upakować w małym akapicie, a najbardziej niewiarygodne że one wszystkie coś jednak znaczą. Nie byłabym w miejscu w którym jestem dzisiaj gdyby nie znaczyły. Każda osoba z którą się w życiu zetknęłam, każde wydarzenie, odcisnęły na mnie swą pieczęć, jedne mocniej, inne już zdążyły wyblaknąć, ale nie znikną nigdy, bo są częścią mojego życia i doprowadziły mnie do drogi przy której stoję. A to piękna, szeroka, wielopasmowa autostrada jest, mogę sobie nią pędzić szybkim pasem, mogę zwolnić jak się zmęczę i wlec się przy poboczu jak za przeproszeniem baba na drodze krajowej. A najlepsze że nikomu nie będę przeszkadzać, nikogo blokować, bo droga to tylko moja i tylko ja nią jadę. Nie wiem co jest na jej końcu, czy ona ma w ogóle jakiś koniec, bo nie mam czasu na myślenie o końcu drogi którą dopiero zaczęłam podążać. Owszem, zdarza mi się jeszcze sporadycznie spojrzeć gdzieś w bok, bo przecież są liczne zjazdy z autostrady, ale już od dawna wiem że ja nigdzie nie zjeżdżam. Najwyżej do przydrożnej toalety :-)

Żeby nie było, nie jestem taka mądra i taka silna że sobie sama z wszystkim poradziłam. O nie. Tysiące artykułów w internecie i nie tylko, niezliczona ilość książek, obejrzane filmy i nie kończące się rozmowy w sieci i realu - to wszystko bardzo cenne wskazówki dzięki którym przeżyłam najgorsze chwile swojego życia, choć szczerze mówiąc to się teraz zastanawiam - jakie najgorsze chwile mojego życia? No bo czy gorszy jest przedłużający się poród czy ciężki atak kamienia nerkowego? Czy oblanie nogi wrzątkiem czy obcięcie opuszka palca? Czy operacja Migusi czy Tigusia? To wszystko są przeżycia traumatyczne najgorsze do ogarnięcia w danej chwili, to jak burza po której przychodzi spokój i refleksja, że tak naprawdę to każde doświadczenie życiowe czegoś uczy. Przynajmniej mnie bo znam takich którzy niczego się na własnej nawet skórze nie nauczyli. No i buk (czy też raczej inne słowo na cztery litery) z nimi. 

"Zmagania duszy z ciałem" to tylko tytuł mojego bloga. Z nim jestem kojarzona i przy nim chcę pozostać bo to jedno z moich dzieci. Moja dusza się już nie bije z ciałem, bo one stanowią jedną spójną całość, która kocha najbardziej samą siebie. I nie ma to nic wspólnego z egoizmem, a wręcz odwrotnie. Człowiek który kocha samego siebie potrafi kochać również innych. A tym których z jakiegoś powodu nie pokocha, po prostu schodzi z drogi. Cóż, nie można mieć wszystkiego, prawda?