piątek, 23 sierpnia 2013
A niech będzie i o pieskach
Jako że Humor z zeszytów szkolnych został zawieszony na czas wakacji, a jest piątek i trzeba sobie czymś humor poprawić, zapraszam na filmik o pieskach które uwielbiają wodę. Miłego oglądania!
czwartek, 22 sierpnia 2013
Syndrom
Kto kiedykolwiek miał córkę, wie jak to z córkami bywa. Konflikt matki z córką to odwieczny temat do dyskusji. Ja zawsze powtarzam, że wolałabym mieć dwóch synów niż jedną córkę, ale być może nie mam racji.
Tak się zdarzyło że córkę mam bardzo konfliktową. Nauczyłam się z tym żyć, ale nie oznacza to że jest mi z tym łatwo. Uważam że dwudziestoletnia kobieta może już i ma pełen obowiązek dbania o swoje własne interesy. Rodzice owszem, mogą wspierać i pomagać, ale nie oni są już niestety odpowiedzialni za swe dorosłe dziecko i jego czyny bądź ich zaniedbanie. Usłyszałam kiedyś w radiu takie kontrowersyjne, ale bardzo mądre zdanie, że dzieciom (takim jak moja córka) należy pomagać, ale tylko tak aby nie pomarły z głodu. Żeby doceniły poświęcenie jakiego dokonują rodzice, żeby stanęły na swoje własne, dorosłe, odpowiedzialne nogi. One muszą zrozumieć że rodzice mają swoje własne życie, swoje własne potrzeby, swoje własne problemy. Muszą zaakceptować że nadchodzi pora dać coś od siebie.
I otóż wczoraj, córka moja, wyrządziła mi potworną awanturę o nic. Poczuła się urażona że jej brat kupił sobie w mojej obecności (za własne zarobione pieniądze) coś czego nie pozwoliłam jej włożyć do koszyka w supermarkecie, kiedy płaciłam ja. Strasznie mnie zabolało takie potraktowanie sprawy i postanowiłam że rozmawiac z nią już nie będę, każąc jej zejść mi z oczu i nie zbliżać się do mnie na odległość pięciu metrów. Owszem, opamiętała się dość szybko i przepraszała mnie ze trzy razy, ale moja urażona tym razem duma postanowiła przeprosin nie przyjmować tak łatwo. Przy okazji dając nauczkę.
Nie jestem jednak osobą która potrafi się "nie odzywać", więc po jakimś czasie dałam się przeprosić. I w tym momencie córka zaskoczyła mnie totalnie. Powiedziała:
"Mamo, ty nie jesteś nienormalna, ja już wiem co ci jest. Ty masz po prostu syndrom ptaka, który chce wykopać pisklęta z gniazda bo już na to przyszedł czas."
No tak, coś w tym chyba jest ;-)
Tak się zdarzyło że córkę mam bardzo konfliktową. Nauczyłam się z tym żyć, ale nie oznacza to że jest mi z tym łatwo. Uważam że dwudziestoletnia kobieta może już i ma pełen obowiązek dbania o swoje własne interesy. Rodzice owszem, mogą wspierać i pomagać, ale nie oni są już niestety odpowiedzialni za swe dorosłe dziecko i jego czyny bądź ich zaniedbanie. Usłyszałam kiedyś w radiu takie kontrowersyjne, ale bardzo mądre zdanie, że dzieciom (takim jak moja córka) należy pomagać, ale tylko tak aby nie pomarły z głodu. Żeby doceniły poświęcenie jakiego dokonują rodzice, żeby stanęły na swoje własne, dorosłe, odpowiedzialne nogi. One muszą zrozumieć że rodzice mają swoje własne życie, swoje własne potrzeby, swoje własne problemy. Muszą zaakceptować że nadchodzi pora dać coś od siebie.
I otóż wczoraj, córka moja, wyrządziła mi potworną awanturę o nic. Poczuła się urażona że jej brat kupił sobie w mojej obecności (za własne zarobione pieniądze) coś czego nie pozwoliłam jej włożyć do koszyka w supermarkecie, kiedy płaciłam ja. Strasznie mnie zabolało takie potraktowanie sprawy i postanowiłam że rozmawiac z nią już nie będę, każąc jej zejść mi z oczu i nie zbliżać się do mnie na odległość pięciu metrów. Owszem, opamiętała się dość szybko i przepraszała mnie ze trzy razy, ale moja urażona tym razem duma postanowiła przeprosin nie przyjmować tak łatwo. Przy okazji dając nauczkę.
Nie jestem jednak osobą która potrafi się "nie odzywać", więc po jakimś czasie dałam się przeprosić. I w tym momencie córka zaskoczyła mnie totalnie. Powiedziała:
"Mamo, ty nie jesteś nienormalna, ja już wiem co ci jest. Ty masz po prostu syndrom ptaka, który chce wykopać pisklęta z gniazda bo już na to przyszedł czas."
No tak, coś w tym chyba jest ;-)
środa, 21 sierpnia 2013
Co nas w nich urzeka...
Czasem linia męskiego karku może zmienić całe twoje życie. Sposób, w jaki sięga on do kieszeni po drobne, powoduje skurcz serca i chłód dłoni. To, jak dotyka twego łokcia lub nie zapiętego guzika mankietu koszuli, budzi w tobie demony, których istnienia nikt nie był świadom.
To nie moje słowa, one pochodzą z książki "Pan Fiddlehead" Jonathana Carrolla. I nie zamierzam tu opisywać książki, bo jej nie przeczytałam. Co mnie zastanowiło to właśnie ten cytat, znaleziony w internecie.
Cóż, my kobiety nie zawsze zdajemy sobie sprawę co tak naprawdę nas w nim urzekło. Bo o ile w drugą stronę sprawa jest, wydaje się, mniej skomplikowana - ot para zgrabnych nóg czy kołyszące się piersi urzekną każdego mężczyznę (!), o tyle z kobietami jest to troszeczkę bardziej zagmatwane. Wiadomo, mężczyzna jest tylko trochę od diabła ładniejszy, pomimo umięśnionej sylwetki, kruczoczarnych włosów czy oczu niebieskich nie ma w nim tej gibkości, miękkości, tych proporcji którymi mogą poszczycić się kobiety. Zresztą, piękno fizyczne to tylko część osoby, najważniejsze jest przecież niewidoczne dla oka. Więc co nas tak naprawdę urzeka?
Oczywiście, nie ma tu jednej prawidłowej odpowiedzi bo każda z nas jest inna i każda ma swoje kanony męskiej urody. Ale jak to jest że przez całe życie marząc o długowłosym szczupłym blondynie znajdujemy się u boku łysiejącego rudzielca z brzuszkiem? No tak, dla kobiet walory fizyczne to nie wszystko, więc może osobowość? I znowu przykład - kobieta żądna przygód i skończony domator. On lubi chodzić po górach, ona uwielbia herbatki ze znajomymi. Ona zakupoholiczka, on ciągle w budce z piwem. Egzaltowana romantyczka i surowy naukowiec. A jednak jest coś co powoduje że na dźwięk jego głosu jej serce szybciej bije, że na odgos jego kroków ona zrywa się w radosnym oczekiwaniu, a ciche klikanie klawiatury jego komputera powoduje ukojenie. Jego spojrzenie ugina kolana i mówi wszystko.
Czasami takie urzeczenie może trwać bardzo krótko, bo przecież wystarczy szklanka wody by zgasić płomień. Czasami jednak pomimo upływu lat, mimo wzlotów i upadków, kaprysów losu czy zrządzeniem innych ludzi, urok ten trwa stale i niezmiennie, podświadomie i bez naszej woli.
Ja to nazywam braterstwem duszy...
Tak, czasem linia męskiego karku może zmienić całe nasze życie...
To nie moje słowa, one pochodzą z książki "Pan Fiddlehead" Jonathana Carrolla. I nie zamierzam tu opisywać książki, bo jej nie przeczytałam. Co mnie zastanowiło to właśnie ten cytat, znaleziony w internecie.
Cóż, my kobiety nie zawsze zdajemy sobie sprawę co tak naprawdę nas w nim urzekło. Bo o ile w drugą stronę sprawa jest, wydaje się, mniej skomplikowana - ot para zgrabnych nóg czy kołyszące się piersi urzekną każdego mężczyznę (!), o tyle z kobietami jest to troszeczkę bardziej zagmatwane. Wiadomo, mężczyzna jest tylko trochę od diabła ładniejszy, pomimo umięśnionej sylwetki, kruczoczarnych włosów czy oczu niebieskich nie ma w nim tej gibkości, miękkości, tych proporcji którymi mogą poszczycić się kobiety. Zresztą, piękno fizyczne to tylko część osoby, najważniejsze jest przecież niewidoczne dla oka. Więc co nas tak naprawdę urzeka?
Oczywiście, nie ma tu jednej prawidłowej odpowiedzi bo każda z nas jest inna i każda ma swoje kanony męskiej urody. Ale jak to jest że przez całe życie marząc o długowłosym szczupłym blondynie znajdujemy się u boku łysiejącego rudzielca z brzuszkiem? No tak, dla kobiet walory fizyczne to nie wszystko, więc może osobowość? I znowu przykład - kobieta żądna przygód i skończony domator. On lubi chodzić po górach, ona uwielbia herbatki ze znajomymi. Ona zakupoholiczka, on ciągle w budce z piwem. Egzaltowana romantyczka i surowy naukowiec. A jednak jest coś co powoduje że na dźwięk jego głosu jej serce szybciej bije, że na odgos jego kroków ona zrywa się w radosnym oczekiwaniu, a ciche klikanie klawiatury jego komputera powoduje ukojenie. Jego spojrzenie ugina kolana i mówi wszystko.
Czasami takie urzeczenie może trwać bardzo krótko, bo przecież wystarczy szklanka wody by zgasić płomień. Czasami jednak pomimo upływu lat, mimo wzlotów i upadków, kaprysów losu czy zrządzeniem innych ludzi, urok ten trwa stale i niezmiennie, podświadomie i bez naszej woli.
Ja to nazywam braterstwem duszy...
Tak, czasem linia męskiego karku może zmienić całe nasze życie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)