czwartek, 27 czerwca 2013

Małe czarne

Maszerując wczoraj po kampusie spotkałam to:


Szczerze mówiąc trochę czasu mi zabrało zlokalizowane dźwięku przypominającego skrzyżowanie wroniego skrzeku z płaczem dziecka, zblendowane z turkotem traktorka, bo szłam sobie zamyślona grając prawdopodobnie w jakąs głupią gierkę na telefonie.  No ale zauważyłam, zresztą trudno było nie zauważyć, jak wyszło toto spod samochodu i zaczęło mnie wołać jeszcze głośniej.


I kładło się co chwila na ziemię, domagając głasków chyba, ale ja niestety obcych nieznanych kotów nie głaszczę jak wam wiadomo, bo się boję jakieś choróbska przynieść moim kotom.


Małe czarne to była na pewno kotka, bo jak się kładła to widziałam cycuszki. Wychudzona nie była, raczej dobrze odkarmiona, futerko trochę przykurzone, ale nie ma się co dziwić jak się tak pokładała na ulicy. W tej części kampusu mieści się Wydział Rolnictwa, są tam szklarnie i jest w nich ciepło i na pewno sobie tam mieszka i ją karmią dobrzy ludzie. Jakieś myszki też na pewno się znajdą.


Wołała mnie i wołała, a ja do niej gadałam i przekonywałam że jej nie pogłaszczę, ale bardzo mi się podoba i takie tam. Uszła tak ze mną ze sto metrów, w końcu stanęła. Patrzyła chwilę za mną, po czym zawróciła.

wtorek, 25 czerwca 2013

Na sportowo jeszcze raz

Popełniłam wczorajszego posta i teraz mam wyrzuty sumienia, bo wypadłam w nim jak worek ziemniakow  więc się muszę wytłumaczyć.
Sport lubiłam od dziecka. W czwartej klasie szkoły podstawowej zaczęłam grać w hokeja na trawie, kariera moja była dość intensywna, treningi trzy razy w tygodniu, w każdy weekend mecze, w wakacje i ferie - obozy kondycyjne i techniczne. Fajne czasy były. Chociaż, hokej nie był za bardzo popularny w tamtych czasach i trochę się tego wstydziłam. Ale co przeżyłam, co zwiedziłam, to moje. Po każdym turnieju był przecież czas wolny. Trzy Śląski, Mazowsze, Wielkopolska, Niemcy, Czechy, przez osiem ładnych lat (a może i dłużej???) non stop wyjazdy, non stop "na walizkach". Dodatkowo w liceum zaczęłam biegać i również brać udział w lokalnych zawodach, ludzie, kiedy ja miałam na to wszystko czas? I nauka, i matura... No tak, ale nie było komórek i komputerów, a w telewizji tylko dwa programy, w radiu cztery.
Ze sportem czynnym rozstałam się gdy poszłam na studia. W moim uczelnianym mieście nie było hokeja, a innego sportu uprawiać mi się już nie chciało. Nie licząc "ganianego" na basenie z chłopakami raz w tygodniu.
A potem wyszłam za mąż, urodziły się dzieci. Moim sportem stały się spacery z wózkiem, następnie chodzenie po górach. Cały czas zajmowały dzieci i ich zajęcia.
Odżyłam kiedy już urządziliśmy się w Szkocji. Dzieci zaczęły żyć trochę własnym życiem, było coraz więcej czasu dla siebie. Najpierw chodziliśmy z mężem na siłownię, ale znudziło się nam po kilku miesiącach. Przez rok chodziłam na kurs pływania, ale nie nauki pływania, tylko aby poprawić styl i kondycję. Nauczyłam się prawidłowo machać rękami i nogami w wodzie, a nawet trochę delfinka. Ale generalnie stwierdziłam że basen to nie dla mnie, od czasu do czasu tak, ale nie stale. Po prostu - mam mały nos i woda mi się ciągle wlewa. Potem zatoki bolą. No ale pływać umiem dobrze i czasami dla relaksu na basen chodzę. Ale namiętność to nie jest i już.
W którymś momencie mąż namówił mnie na badminton. On grał już dobrze, ja tak sobie, ale się szkoliłam, zmieniałam poziomy na coraz bardziej zaawansowane, kupiłam sobie prawidłowy sprzęt. Zaczęłam grać w klubie, potem w lidze. Oczywiście nie profesjonalnej, ale u nas w regionie są trzy ligi amatorskie i gram w każdej z nich. W sezonie gram co najmniej 3 razy w tygodniu po dwie godziny, a jak są mecze to i pięć razy. Coraz więcej pieniędzy wydaję na sportowy ekwipunek, ale wiem że to popłaca, bo jak jest coś droższe to i wytrzyma więcej i posłuży lepiej, przynajmniej w tym temacie. Ostatnia moja rakietka kosztowała... ekhem... ponad 150 funtów, ale warta swej ceny.
W ubiegłym roku pod koniec sezonu badmintona czułam pustkę, kupiłam więc buty do biegania i zaczęłam biegać. Pobiegałam jednak tylko przez wakacje, bo zrobiło się, zimno, ciemno, nieprzyjemnie, a ja nie przyzwyczajona do takich warunków jestem. Buty stały całą zimę odłogiem, ale wiosną, kiedy wszystkie choroby minęły i zrobio się ludzko na dworze, założyłam je znowu i zaczęłam od nowa, tym razem już z porządnym planem w głowie. Zaczęłam więc podręczniokowo od 10 minut marszu, 15 minut biegu, 10 minut marszu. Stopniowo zwiększałam bieg a zmniejszałam marsz, przy okazji ustalając optymalny rytm i oddech. W chwili obecnej jestem na 35 minutach biegu, zajmuje mi to mniej więcej troszkę ponad 5 kilometrów. Na razie jeszcze biegam na "czas", ale kiedy będę w stanie już biec godzinę bez przerwy, zacznę biegać na "odległość". Najpierw 10 km. Potem zobaczymy.
Tak więc, moi drodzy, sport nie tylko oglądam w telewizji. Jak się tak zastanowić to prowadzę naprawdę aktywny tryb życia. W tej chwili - 2 razy badminton, 3 razy bieganie, w weekendy nie biegam. I czasami w środy też nie, zależy ile sobie wstawię we wtorek. Zarówno badminton jak i bieganie sprawiają mi ogromną przyjemność, nie tylko w postaci wydalonego potu i szybszego bicia serca. Badminton to wydarzenie socjalne, rozmawia się z ludźmi, nawiązuje się przyjaźnie. Bieganie zostawiam sobie i tylko sobie. Nie słucham muzyki, nie umiałabym chyba. Wolę napawać się śpiewem ptaków, zapachem krzewów i traw, widokiem króliczków uciekających spod nóg...
Oto cała ja. Na sportowo.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Na sportowo

Weekend minął na pod znakiem sportu.
Najważniejszym dla nas wydarzeniem był naszego synka egzamin na stopień dan, w sobotę. Oczywiście, chodzi o karate. Najpierw trzygodzinny trening, w czasie którego mamusia i tatuś wybrali się do pobliskiego centrum handlowego zabić czas. Normalnie w takich wypadkach mamusia z tatusiem chodzą pograć w badmintona lub na basen, ale jakoś teraz nie mieli ochoty. No to zdecydowano że Centrum Handlowe będzie OK. W czasie czasu zabijania:
1 - załapali się na powrót ludzisk z jakiegoś pochodu, co okazało się być obchodem 160-lecia piekarstwa w miasteczku,
2 - obeszli centrum handlowe w celu znalezienia Costa Coffee, a jak już znaleźli to sie okazało że wolnych stolików niet a na wynos się im nie chciało,
3 - wrócili do wcześniej zauważonego Starbucksa, w którym zamówili sobie po kubku kawy mrożonej, którą konsumowali jak najdłużej się dało, zabawiając się rozmową w przerwie gry na telefonach,
4 - czekali jedno na drugie rozglądając się z paniką w czasie gdy jedno (lub drugie) niepostrzeżenie znikało w sklepie, w którym dostrzegło coś naprawdę super-odlotowego, i co należało dotnąć już-w-tej-chwili,
5 - dostali do ręki ulotkę linii autobusowych na lotnisko, do której była dołączona piłeczka antystresowa, nie powiem żeby się nie przydała (!),
6 - zakupili po głębokim namyśle i wypróbowaniu wszystkich możliwych kombinacji zapachowych, olejek do masażu,
7 - wzięli udział w głosowaniu na najpiękniejszy ich zdaniem obraz galerii obrazów tamtejszego klubu artystów-malarzy,
8 - prawie zmokli wracając do hali sportowej bo rozpętała się ulewa, ale przezorny małżonek zabrał ze sobą parasol, tak że tylko buty były mokre i spodnie do kolan.

Po trzygodzinnym treningu syn wyszedł z sali mokrusieńki i wymęczony, a tu jeszcze egzamin. Muszę przyznać że denerwowaliśmy się wszyscy, nie tylko my jako rodzice, ale też jego koledzy z dojo, którzy specjalnie zostali obserwować przebieg egzaminu. Egzamin na dan nie jest łatwy, jest w nim bardzo dużo elementów, zarówno technicznych jak i walki, w dodatku dochodzą nerwy. Nie mieliśmy wątpliwości że zdał już na samym początku, bo wszystko robił najlepiej, ale on miał stracha. Bo tu przekręcił rękę o dwa stopnie nie tak jak trzeba, bo tam przytrzymał o ułamek sekundy za krótko, bo za słabo uderzył, bo za silno... wiecie jak to jest. Mąż, który do tej pory trochę go jednak krytykował, był pod wrażeniem. Pewnie dlatego że nie był z nami na kilku ostatnich zawodach. Syn zdał swój egzamin jako jeden z czterech (na dwudziestu-kilku usiłujących) i to w najlepszym stylu. Ale bycie reprezentantem kraju do czegoś zobowiązuje, za piękne oczy do kadry nie wybierają. I tak to ostatni członek reprezentacji Szkocji w karate tradycyjnym zdobył swój czarny pas. Którego cena, jak ją zobaczyłam, prawie zwaliła mnie z nóg, ale niech ma! Urodziny miał przecież niedawno.

No a potem oglądaliśmy urywki walki "Diablo" Włodarczyka, w telewizji leciał film "Wimbledon" to też sobie troszkę pooglądaliśmy, ale nie za długo bo nudny był, w polskim internecie cały czas trąbili o ślubie Roberta Lewandowskiego, tak że widzicie - cały weekend na sportowo. A w niedzielę wieczorem leciały wszystkie 3 części filmy "Snajper", z czego obejrzałam kawałek drugiej i początek trzeciej, no co, strzelanie też sport, no nie?
;-))