środa, 15 sierpnia 2012

Paluch

Mój głupi paluch nie chce się naprostować. Łaziłam z tym cholernym prostownikiem jak należy, bite sześć tygodni, a nawet siedem, nie ściągając dziadostwa z palca, męcząc się w upale na plaży i pod prysznicem też. A jak ściągnęłam, to nie powiem, byłam zadowolona, bo różnica między tym co było zaraz po wypadku a teraz, jest kolosalna. Ale palec jest krzywy i nie widać żeby chciał się wyprostować. Ostrzegano mnie co prawda że przy tego typu urazach raczej nigdy nie będzie on już całkowicie prosty i giętki jak pozostałe, ale raczej ma być prostszy niż krzywszy. A nie jest.
Dalej robię to co mi kazano, czyli w dzień bez pokrywki, w nocy z, a nawet więcej, zakładam często i w dzień, bo czasami mnie boli i wolę nie nadwyrężać. Podobno rehabilitacja trwa kilka miesięcy. Podobno ścięgno się jeszcze wzmocni. Podobno. A ja potrzebuję tego palca! Na pianinie to jeszcze coś wybrzdękam, bo lewą ręką tak bardzo i tak nie umiem, ale jak bez niego mam grać na gitarze???

środa, 8 sierpnia 2012

Domowe przetwory.

Czas już żeby się pomału zabrać za przetwory domowe, których wielką zwolenniczką jestem ale w ilościach hurtowych nie robię bo po pierwsze nie mam z czego, a po drugie - czytaj po pierwsze. Bo na przykład takie ogórki kiszone. Nie da się kupić w UK ogórków które by się nadawały. Być może nie rodzą. A może dlatego że nie ma tradycji. Ogórki owszem są, przez cały rok, normalne, długie, w Polsce mówi się na  nie "szklarniowe". A takich kisić się nie da. Owszem, widziałam nawet malutkie ogórki, tzw. snack, ale cena taka że za 250 gram mogę kupić dwa słoiki gotowych kiszonych ogórków firmy np. Krakus. No to się nie opłaca, podobnie jak z kapustą. Wolę kupić gotową, bo ten Krakus robi naprawdę dobre przetwory. Można kupić jeszcze wyroby innych firm, ale nie są już tak smaczne, a cenowo się nie różnią. Trzeba tylko wiedzieć w których sklepach kupować. Bo niektóre rzeczy można kupić tylko w polskich sklepach, ale część polskich produktów dostępna jest w marketach i to po znacznie niższych cenach.
A takie na przykład dżemy. Mam w ogródku krzak porzeczki białej, czarnej, dwie jagody, parę malin, ale nie rodzą aż tyle żeby z nich jakieś dżemy się udało zrobić. Wolę zresztą surowe. Mam też malino-jeżynę i żurawinę które jeszcze nie rodziły. Może w przyszłym roku, ale to też nie będzie aż tyle żeby się pokusić na jakieś z nich przetwory. Zresztą, czy to się opłaca, jak za słoik bardzo dobrego dżemu można zapłacić przysłowiowe parę groszy, a i tak w domu nikt tego nie je, chyba że do naleśników.
Próbowałam robić tak zwane fałszywe kapary z nasturcji, jeden słoiczek zjedzony, reszta stoi do dzisiaj. Muszę w końcu wyrzucić, bo się zaśmierdzą. Jedyną tak naprawdę rzeczą którą robię na bieżąco i na bieżąco schodzi, jest tajski sos słodko-ostry. Dużo roboty nie ma, w ilościach hurtowych się nie da, bo bez konserwantów to nie postoi długo, no chyba żebym zapasteryzowała, nie próbowałam jeszcze. Dobry do wszystkiego, lepszy niż musztarda.
Muszę się jednak już zacząć rozglądać za jakimś przepisem na łatwy dżemik, może ktoś pamięta mój wpis z zeszłego Bożego Narodzenia, kiedy w prezencie otrzymałam dwa słoiczki dżemu i mam zamiar odpłacić się tym samym. A jak będzie dobry to sobie zrobię też.
Ale wróćmy do tematu. Bo nie o takich przetworach domowych chciałam dziś napisać.
W ubiegłym roku naszło mnie na nalewki. Przysłano nam z Polski ze trzy kilo aronii i nie było co z tym zrobić, więc nastawiliśmy nalewkę. Pyszna, słodka, a potem na tych samych owocach, wytrawna. W sumie z 7 butelek o pojemności 0,7 litra. Zrobiłam też pyszną pigwową i pyszną malinową, każdej po butelce zaledwie bo materiału było mało. Miały czekać do Wielkanocy. Nie doczekały i w dodatku nawet nie spróbowałam, bo się okazało w lutym że córka wyniosła na Sylwestra. Mogła wziąć cholerną aronię, ale nie, wzięła pierwsze lepsze z brzegu, cóż, na złodzieju czapka gore więc i jej się paliło. Długo nie mogłam tego odżałować, mam nadzieję że dobrze jej się chociaż po tym rzygało...
W tym roku postawiłam na zioła. Od dawna chodziła za mną nalewka na bazie lubczyku, odkąd obejrzałam film "U Pana Boga za piecem" lub "...w ogródku" lub "...za miedzą". Nawet specjalnie sobie przywiozłam z Polski korzeń lubczyku. Przyjął się, rośnie ładnie. długo szukałam przepisu który będzie mi odpowiadał, w końcu znalazłam. Nalewka miętowo-melisowa z lubczykową nutą. Stoi już ponad tydzień i szczerze mówiąc mam pewne obawy bo się zrobiła zielona, no ale jaka ma być nalewka na ziołach? Pachnie ładnie.
Czytałam swojego czasu o leczniczych właściwościach nagietka, kupiłam więc nasiona i posiałam. Wyrosło pięknie, kwiaty zaczęły kwitnąć jak na zamówienie. Nastawiłam więc leczniczą nalewkę z nagietka. Na spirytusie, za kórym objeździłam pół miasta, bo tutaj w sklepach najmocniejszy alkohol ma 40 procent. Ale w szanujących się polskich sklepach mają. No i się robi ta nalewka, koloru nabrała pomarańczowego. Ale zaznaczyłam wszem i wobec że nie jest to nalewka do picia, tylko najwyżej parę kropli. Jak lekarstwo, zresztą mam zamiar pilnować, bo z lekarstwami to należy ostrożnie.
Kwiatów mam dużo, wstawiłam więc też olej nagietkowy, niech się robi, dobry ponoć na skórę i włosy. Zobaczymy.
Z resztek białej porzeczki robi się nalewka porzeczkowa. Dla odmiany pomieszałam resztkę białych porzeczek z resztką czarnych, w tej chwili ma kolor różowy. Na pewno będzie pyszna... za jakieś 9 miesięcy. Bo te owocowe nalewki to bardzo długo muszą leżakowć żeby można je było konsumować. Ziołowe można szybciej.
W zeszłym tygodniu ruszyła lawenda. Mam tego całe pole, a kwitnie naprawdę obficie, co roku robię małe woreczki lawendowe które wieszam do szaf, a zapach lawendy rozchodzi się w całym domu bo wszędzie stoją bukiety. W tym roku lawenda posłużyła również do nalewki. Podobno smakuje jak perfumy, podobno działa silnie usypiająco. Co mi pasuje. Ale przekonam się o tym jak się już zrobi. Na zimę w sam raz.
Mąż męczy mnie jeszcze o nalewke pieprzową, ale z tym to nie będzie kłopotu bo pieprz jest zawsze dostępny, wystarczy poszukać tylko dobrego przepisu i już.
Najgorszą rzeczą w robieniu tych moich przetworów domowych jest cena alkoholu, a nie mogę kupić najgorszej wódki bo wyjdzie za przeproszeniem syf. Na szczęście Lidl sprzedaje znośną wódkę w przystępnej cenie. Musielibyście widzieć minę kasjera kiedy elegancka paniusia na obcasikach ładuje na taśmę pięć butelek wódki 0,7. Duża impreza, co nie? O tak, bardzo duża, bo co będę Szkotowi tłumaczyć.
Tyle mam pomysłów na nalewki, że z torbami bym poszła, a butelek nie byłoby gdzie stawiać. Może więc jeszcze tylko ta pieprzówka. Chyba że po drodze wpadnie coś innego.

piątek, 3 sierpnia 2012

Jestem Babcią!

Jestem Babcią - taką wiadomość dostałam wczoraj na Skypa. Od mojej siostry która jest o dziewięć lat młodsza ode mnie i ma całkiem jeszcze małe dzieci. No o psa tu chodzi, o psa, tego samego którego historię opisałam tutaj.
Więc mamy pieski!!! To znaczy siostra ma a raczej jej suka. A historia była taka, że psina nie chciała za nic zostać w domu, szukała sobie miejsca w ogrodzie, chodziła, toczyła się, węszyła. I w końcu wykopała sobie dół pod krzakiem i tam już zaległa. Cóż, gorąco jest to fakt, może lepiej się czuła na powietrzu. Doniesiono jej miski z wodą i jedzeniem, chociaż oczywiście nie ruszyła, zwierzęta mają instykt. Rozłożono jej posłanie, zorganizowano dach nad głową, w razie czego.


Akcja trwała oczywiście kilka godzin i w rezultacie przyszły na świat trzy malutkie psinki - dwa pieski i sunia.


Saba (szczęśliwa mamusia) za skarby świata nie chce się wprowadzić z powrotem do domu. Małe zostały tam przetransportowane razem ze wszystkim, w nadziei że może zostanie z nimi pod bezpiecznym dachem, ale nie, wzięła i przeniosła je z powrotem. Więc uznali że na razie niech tak będzie.


Pieski są jaśniejsze, sunia czarna i o wiele mniejsza i słabsza. Zobaczcie jak to od urodzenia widać, kto chce rządzić! Już od pierwszych chwil ją przytłaczają!
Dlatego też tylko ona dostąpiła zaszczytu osobistej sesji zdjęciowej. Ha!


Śliczne maleństwa, niech się chowają zdrowo i szybko znajdują nowy kochający dom!