Zgroza mnie ogarnęła gdy zobaczyłam datę ostatniego posta. Jeszcze mi się nie zdarzyło zostawić Was na tak długo i wcale nie obiecuję, że się poprawię. Nie miałam czasu. A właściwie mi się nie chciało. Bo tyle sie ostatnio działo w moim życiu i życiu moich bliskich, że nie miałam głowy do blogowych notek, bo myśli były zajęte czymś innym.
Na przykład - przeprowadzką. Na szczęście nie osobistą, bo chyba bym nie zniosła. Przeprowadzałam się w pracy i to nie tylko ja, ale cała firma, a ja byłam odpowiedzialna za moją część przeprowadzki. Planowanie, ustalanie, architekci, kontraktorzy, budowlańcy, przeprowadzacze, bardzo dużo bylo na mojej głowie. Wychodziłam z domu o wpół do dziewiątej i wracałam o dziewiątej wieczorem. I weekendy też. Na szczęście okres najbardziej gorący mam już za sobą i powoli zadomawiam się w nowym, osobistym biurze, bez żadnych Stefek w inwentarzu. Wielu mi zazdrości, bo tylko kilka osób z całej firmy ma własne biura, cała reszta musiała się pomieścić w tak zwanym open plan. Marudzili, marudzili ale w końcu się przyzwyczajają. Stefka czasami wpada do mnie na ploty i jest fajnie. Cały czas handryczę się z kontraktorami, bo lista niedoróbek jest ogromna. Architekci odpowiedzialni za robotę wyliczyli każda plamkę, każde niedociągnięcie pędzla i to wszystko musi być skorygowane i dokończone. Kiedy? oto jest pytanie, na które ciągle nie dostaję odpowiedzi. Dostawca mebli jak zwykle, się nie spisał. Ale to temat rzeka. Nie wiem, czemu uniwersytet ciągle zatrudnia tego samego producenta. Może ktoś tam w zarządzie ma znajomości. W każym razie, gdy parę tygodni temu robiłam niezbędne zakupy do biura w IKEI (sztućce, talerze, dekoracje), w ulubionym sklepiej dekoracji wnętrz w tym samym centrum handlowym natknęłam się swoje krówki, na szczęście były w komplecie więc kupiłam wszystkie dwie :-) Drogie jak cholera, bo to kostna porcelana i w dodatku z autorskim dizajnem, ale nie mogłam się powstrzymać.
Zdjęcia się powiększają po kliknięciu, jakby ktoś nie wiedział :-)
1 grudnia dostałam od Chłopa Mikołaja taki oto kalendarz adwentowy, każda szufladka wypełniona inną czekoladką, z gatunku moich ulubionych:
Na początku grudnia musiałam oddać samochód do serwisu. W moim normalnym autoryzowanym serwisie poprosiłam o samochód zastępczy, powiedzieli że owszem, ale będę musiała zapłacić 12 funtów, niby za ubezpieczenie. Powiedziałam, że jak tak to ja sobie gdzie indziej poszukam. I znalazłam inny autoryzowany serwis, dużo dalej bo zupełnie na drugim końcu miasta, ale dali mi samochód zastępczy za darmo i w ogóle obsługa była doskonała. Dostałam więc do wypróbowania zupełnie nowiutki (600 mil na liczniku) samochód w najwyższej wersji wyposażenia i to w dodatku model, którym jestem zainteresowana w celu wymiany mojego samochodu. Miał tyle guziczków i różnych przycisków, że oczy mi wylazły z orbit i myślałam ,że tego się nie da opanować. Oczywiście w jeden dzień tego nie opanowałam, ale już siebie widzę za kierownicą :-)

Córce zebrało się na wspomnienia i zrobiła sobie wielki kolaż ze swoimi własnymi zdjęciami. Jak zobaczył to syn to mało nie wpadł w szał, dopóki mu nie powiedziałam, że te zdjęcia to są zdjęcia zdjęć i oryginały są bezpiecznie przechowywane w mojej sypialni. Dla Was wybrałam dwa z kolekcji. Pod spodem pierwsze zdjęcie mojej córki, zaraz po urodzeniu. A pod spodem wszystkie moje dzieci i Jacek :-)
Ostatni weekend spędziłam na nicnierobieniu, więc powstała z tego taka choinka:
Postanowiliśmy już wcześniej z Chłopem, że na święta wyjeżdżamy do jego ojca i nie będziemy kupować choinki. Ale mieliśmy starą choinkę Chłopa ze światełkami więc ją postanowiłam rozłożyć jako część świątecznej dekoracji chałupy. Oczywiśącie nie mogłam nie powiesić na niej historycznych dwudziestoletnich bombek z Polski :-)
A na koniec - w poniedziałek był przymrozek. We wtorek zrobiło się cieplej. Wychodząc rano do pracy popatrzyłam sobie na róże. Żółta zakwitła na nowo. Nie spodziewałam się, że odżyje tak szybko po przesadzeniu. Chyba jej dobrze w nowiutkiej ziemi :-)
Do następnego razu!