No nie do końca wszyscy. TEN JEDEN został.
Fajnie jest pobyć sobie tak samemu w domu, to znaczy tylko we dwoje. Dawno nam się to nie zdarzyło, więc oprócz spraw codziennych jak praca, remont czy porządki, pora na małe (s)ekscesy.
Bo niby nic innego, ale fajnie tak bez dzieci, i bez świadomości że zaraz mogą wócić, podsłuchać, podejrzeć. No dobra, wiem że żadne dziecko nie ma zamiaru podglądać rodziców, ale czasami może się przypadkiem zdarzyć. Więc jak nie ma dzieci, można jeść kiedy się chce, pić co się chce, a potem nie trzeba się pilnować, można sobie na golasa pobiec do łazienki. No i nie trzeba drzwi do sypalni zamykać na przykład.
Ale...
Czy zdarzyło się wam, że w miłosnym uniesieniu zapominacie o świecie, jesteście daleko, w chmurach albo jeszcze wyżej, nie widzicie, nie słyszycie, i nagle tak przypadkiem odwracacie głowę, a tam... dwoje zielonych oczu i kawał sierści z pomrukiem. Ciekawe od jak dawna tam stoi...
Pozdrowienia dla wszsystkich których prawie wszyscy podopieczni wyjechali na wakacje !
wtorek, 24 lipca 2012
piątek, 20 lipca 2012
Pies
Muszę, po prostu muszę o tym napisać. I proszę mnie od razu nie posądzać po przeczytaniu.
Historia jest taka - moja siostra przygarnęła psa. Byli całą rodziną nad jeziorem, przypałętał się pies, nie chciał odejść, był z nimi przez tydzień dzień i noc, nikt go nie szukał, nikt nie wołał, spał na początku pod samochodem, potem już z nimi w namiocie, a namiot mają duży. Po wielu naradach rodzinnych postanowiono że jak nikt się do wyjazdu nie znajdzie, wezmą psa ze sobą. Suczkę. No i wzięli.
W domu wykąpali, zaprowadzili do weterynarza, weterynarz stwierdził że suczka ma około 5 lat, jest zdrowa, zaszczepili, odrobaczyli. Myśleli o sterylizacji, ale troszkę na razie za drogo. Poczekają jeszcze chwilę. Dzieci pokochały psa, opiekują się nim, wychodzą na spacer. A pies - jak nie pies, nie szczeka, nie gryzie, nie ucieka, spokojny, powolny, opanowany. No zaszczekał parę razy, żeby nie było, jak dzieciaki ganiały po mieszkaniu, to i on za nimi ganiał i sobie szczeknął parę razy, w zabawie. Ale żeby jakoś się specjalnie bawić chciał to nie. Raczej głaskać, tulić, ale to nic, myśleli że pies już nie bardzo młody więc figle mu nie bardzo w głowie.
Ostatnio jakoś tak pies przytył, ale to na pewno bo go odkarmili biednego. Coraz częściej też wymyka się do samotności, do łazienki, bo tam największy spokój. Tak myśleli, do wczoraj. Bo wczoraj coś ich naszło że ich ukochana suczka może być ... w ciąży. policzyli, przekalkulowali, pomyśleli. Wszystko się niby zgadza.
Nie kontaktowałam się z siostrą od wczoraj, ale strasznie się martwię. Bo to jest straszny kłopot jednak, takie szczeniaki, i to nie zapowiedziane, i nie oczekiwane. W dodatku kundelki.
Ech, zrobiła siostra dobry uczynek...
wtorek, 17 lipca 2012
Alarm
Właśnie mieliśmy w firmie alarm przeciwpożarowy. Prawdziwy, nie jakąś tam próbę. Przyczyny nie wykryto, ale czujniki dymu się włączyły i trzeba było budynek opuścić. I tu zaczęła się cała szopka.
Natychmiast po usłyszeniu alarmu Stefka zarządziła wyjazd. Ona jest fire steward, odpowiedzialna za ewakuację w czasie pożaru, ja też jestem ale niech tam, niech jej będzie że jest bardziej odpowiedzialna. Więc, zgodnie z procedurą, Stefka zadzwoniła na numer alarmowy poinformować że alarm się włączył i że jest ewakuacja. Roztrzęsiona pobiegła na górę, bo chociaż na górze też jest fire steward, to ona jest przecież ta ważniejsza. Ja zostałam na dole, to znaczy na trzecim piętrze bo choć budynek jest duży to nasza firma zajmuje tylko dwa ostatnie piętra. Szlag mnie nie trafił bo nie jestem Stefka, ale jakbym była to by mnie trafił i to jasny. Paniusie z torebeczkami i w paltocikach, panowie z kubkami gorącej kawy, no jest ten alarm, ale żeby tak od razu panikować... No i jeszcze trzeba było sobie przecież w przejściu między biurami postać, pokomentować, zastanowić się czy brać ten kubek z biurka czy nie, wrócić po telefon czy inne tałatajstwo. Luuudzie, przecież to alarm jest! No w końcu wyszli.
Z jednej strony to należy się cieszyć że ludzie są jednak dobrze wyszkoleni, że w obliczu zagrożenia nie tracą zimnej krwi, ze spokojem wychodzą z budynku jak zostali nauczeni przez liczne próbne alarmy. Z drugiej - nie chcę wiedzieć czy tak samo zachowaliby się w obliczu prawdziwego zagrożenia, gdyby widać było dym buchający z niedomkniętych drzwi czy płomienie strzelające w górę przez któreś z okien. Czy myśleliby wtedy o kawusi, o zabraniu torebeczki, telefonu, laptopa?
Natychmiast po usłyszeniu alarmu Stefka zarządziła wyjazd. Ona jest fire steward, odpowiedzialna za ewakuację w czasie pożaru, ja też jestem ale niech tam, niech jej będzie że jest bardziej odpowiedzialna. Więc, zgodnie z procedurą, Stefka zadzwoniła na numer alarmowy poinformować że alarm się włączył i że jest ewakuacja. Roztrzęsiona pobiegła na górę, bo chociaż na górze też jest fire steward, to ona jest przecież ta ważniejsza. Ja zostałam na dole, to znaczy na trzecim piętrze bo choć budynek jest duży to nasza firma zajmuje tylko dwa ostatnie piętra. Szlag mnie nie trafił bo nie jestem Stefka, ale jakbym była to by mnie trafił i to jasny. Paniusie z torebeczkami i w paltocikach, panowie z kubkami gorącej kawy, no jest ten alarm, ale żeby tak od razu panikować... No i jeszcze trzeba było sobie przecież w przejściu między biurami postać, pokomentować, zastanowić się czy brać ten kubek z biurka czy nie, wrócić po telefon czy inne tałatajstwo. Luuudzie, przecież to alarm jest! No w końcu wyszli.
Z jednej strony to należy się cieszyć że ludzie są jednak dobrze wyszkoleni, że w obliczu zagrożenia nie tracą zimnej krwi, ze spokojem wychodzą z budynku jak zostali nauczeni przez liczne próbne alarmy. Z drugiej - nie chcę wiedzieć czy tak samo zachowaliby się w obliczu prawdziwego zagrożenia, gdyby widać było dym buchający z niedomkniętych drzwi czy płomienie strzelające w górę przez któreś z okien. Czy myśleliby wtedy o kawusi, o zabraniu torebeczki, telefonu, laptopa?
Subskrybuj:
Posty (Atom)