Dwa tygodnie wakacji to jednak długo. Zleciało co prawda jak z bicza trzasł, ale ostatnie dwa dni to już się tęskniło do domu. A potem to już nieskończenie długa podróż samolotem - 5 godzin to najdłuższy lot jaki kiedykolwiek odbyłam! Dobrze że z lotniska tylko pół godziny do domu, ale po drodze wstąpiliśmy do sklepu po jakiś chleb i mleko więc zeszło dłużej niż chcieliśmy.
A w domu, na płocie, czekał już na nas wytęskniony kot. Najbardziej się dostało synowi, który otwierał bramę, bo takich miałków to jeszcze nie słyszałam w tym wykonaniu. Najdziwniejsze było to że się nie obraził, nie odwrócił ogonem i nie odszedł z dumną miną, jak się spodziewaliśmy. Ganiał za to między wszystkimi nogami, kładł się na plecach domagając głasków, nie odstąpił nas ani na krok, ani do końca dnia ani w nocy. Nawet w nocy nie wyszedł na zewnątrz jak to miał w zwyczaju, tylko przespał (przeleżał) całą noc na naszym łóżku w różnych konfiguracjach, z przerwami na parapet. Minęła druga noc a on tak samo...
Sąsiedzi się sprawili, kota karmili, doglądali, wymienili mu nawet obróżkę którą oczywiście zgubił, ale mieli przygotowany zapas więc wszystko w porządku. W lodówce czekało nawet mleko, a w chlebaku świeży chleb :-) W zamian dostali podziękowania i ozdobną butelkę Sangrii.
Gran Canaria jest... piękna? Ciekawa? Fascynująca? Może i tak, a może to za duże słowa. Jest za to na pewno rozmaita, a widoki nie z tej ziemi. Spędziliśmy fajne wakacje, zażywając więcej ruchu niż odpoczynku, a jeszcze więcej jedzenia i przeróżnych napojów wyskokowych. Od których głowa nie bolała wcale, ale po powrocie czas na detox, więc tylko herbatki na razie pijemy. Nawet syn, bo ileż coca-coli i toniku można wypić w tak krótkim czasie żeby się zrazić?
Na temat wyspy jeszcze napiszę, bo to ciekawy temat, ale najpierw uporządkuję fotografie. Muszę dodać jednak coś co stało się hitem tegorocznych wakacji. W jakiś tydzień pobytu na Gran Canarii staraliśmy się porównać te wakacje do innych, wiecie, co lepsze, co gorsze, co ładniejsze a co możnaby zmienić. Posumowanie mojego siedemnastoletniego syna było następujące - może to nie najpiękniejsze miejsce i nie najlepsze wakacje na jakich byłem, ale tylu cycków w jednym miejscu to nie widziałem nigdzie...
Przynajmniej wiedzieliśmy od tej pory dlaczego go tak na tę plażę nosiło :-)
piątek, 13 lipca 2012
wtorek, 26 czerwca 2012
Przez wyjazdem sprawdź walizkę
Wszystko spakowane, dopięte prawie na na ostatni guzik, jeszcze tylko szczoteczka do zębów. Nie, no przecież kupiłaś nowe szczoteczki, więc stara zostaje w łazience. Paszporty - są, bilety - są, karty płatnicze - są. No to najważniejsze co trzeba koniecznie zabrać na urlop. Bo resztę to już niekoniecznie, zawsze można dokupić na miejscu jak się czegoś zapomniało.
Jeszcze pozostaje sprawdzić chałupę. Okna pozamykane, światła czasowe ustawione, to tak dla formalności, bo przecież i tak nikt ci domu nie okradnie. Jedzenie wyjedzone, lodówka na tryb wakacyjny. Zamrażarka nie, bo parę kawałków zamrożonego kurczaka to jeszcze zostało. Będzie na później. Ostatni worek ze śmieciami trzeba będzie gdzieś podrzucić, bo przecież dopiero co opróżnili kontenery. No to nie można nic wyrzucić żeby stało dwa tygodnie, bo się zaśmierdzi.
Sąsiadka załatwiona, będzie karmić kota. Żarcie dla kota w bezpiecznym miejscu, bo już się dorwał do rozgryzania folii z opakowania, tylko patrzeć jak wszystkie kulki powypadają a kot będzie miał Boże Narodzenie. Awaryjna kuweta przyszykowana, no bo jakby w razie klapka się zacięła i nie mógłby wyjść to musi mieć gdzieś ubikację. Zapasowa obróżka na stole, kluczyki do obróżki też. Wszystko OK, można jechać. Właśnie... a gdzie kot????
Sprawdź dwa razy walizkę przed wyjazdem, bo możesz się zdziwić na lotnisku :-)
Jeszcze pozostaje sprawdzić chałupę. Okna pozamykane, światła czasowe ustawione, to tak dla formalności, bo przecież i tak nikt ci domu nie okradnie. Jedzenie wyjedzone, lodówka na tryb wakacyjny. Zamrażarka nie, bo parę kawałków zamrożonego kurczaka to jeszcze zostało. Będzie na później. Ostatni worek ze śmieciami trzeba będzie gdzieś podrzucić, bo przecież dopiero co opróżnili kontenery. No to nie można nic wyrzucić żeby stało dwa tygodnie, bo się zaśmierdzi.
Sąsiadka załatwiona, będzie karmić kota. Żarcie dla kota w bezpiecznym miejscu, bo już się dorwał do rozgryzania folii z opakowania, tylko patrzeć jak wszystkie kulki powypadają a kot będzie miał Boże Narodzenie. Awaryjna kuweta przyszykowana, no bo jakby w razie klapka się zacięła i nie mógłby wyjść to musi mieć gdzieś ubikację. Zapasowa obróżka na stole, kluczyki do obróżki też. Wszystko OK, można jechać. Właśnie... a gdzie kot????
Sprawdź dwa razy walizkę przed wyjazdem, bo możesz się zdziwić na lotnisku :-)
niedziela, 24 czerwca 2012
Nogi jak patyczki
Za dwa (!) dni wyjeżdżam na wczasy i już sobie spakowałam cztery (!) kostiumy kąpielowe, wszystkie bikini, a jak! Oczywiście poprzymierzałam wszystkie jeszcze raz żeby nie było. Zawsze lepiej mieć więcej niż mniej, prawda?
To ostatnie zdanie nie dotyczy niestety kilogramów a raczej obwodów. W pasie w moim przypadku, bo reszta to jakoś jeszcze wygląda. No i się wydało. To znaczy upubliczniło się to co moja własna córka odkryła już kilka lat temu, czyli ja po prostu lubię chude. Chude sery, chude mleko, chude mięsko, chude ciało. Skóra i kości - ot, mój ideał. Nogi jak patyczki, wystające obojczyki i długa szyja. Nogi jak patyczki powtarzam, czyli żadna tam anoreksja, co to to nie, bo z anoreksją to się ma za duże stawy, a to mi się wybitnie nie podoba. Obojczyki to coś czego nigdy nie miałam, taka moja budowa po prostu, no coś tam czuję pod palcami i dobrze ale żeby wystawały jakoś wybitnie to nie. A szyja - mój koszmar wieloletni, więc jak po odchudzaniu w końcu zniknęło mi to podgardle, byłam szczęsliwa jak nigdy w życiu i nadal jestem, każdego dnia sprawdzając na sobie samej stan mojego podbródka.
Żyjąc na Wyspach, człowiek rewiduje swoje poglądy na temat tuszy. Niestety, jest tutaj więcej ludzi grubych i taki jest fakt. Jednak jako osoba niezwykle tolerancyjna próbowałam tłumaczyć sobie i wszystkim że to nieprawda, że wszędzie jest tak samo i tak dalej i tak dalej. Po ostatnim pobycie w Polsce musiałam zrewidować swoje poglądy. Ale nie do końca.
Fakt, w Polsce więcej jest ludzi chudych, widziałam wiele nastolatek wyglądających jak chore anorektyczki, wiele się mówi o anoreksji i wiem doskonale jak to wygląda, i niestety, muszę potwierdzić ten fakt. Osoba która odchudza się z rozmiaru UK 8 (polskie 36) jest, musi być chora! I co mnie niepokoi, to to że niestety w Polsce nastolatki nie uprawiają sportu, starsze osoby niestety też nie. Nie mają pieniędzy, nie jest to popularne, nie wiem jakie jeszcze mogą być tego przyczyny. A potem cukrzyce, zawały i inne choroby tak zwane cywilizacyjne. Tabletki zamiast zdrowego odżywiania, tabletki zamiast ruchu, tabletki zamiast zdrowego rozsądku.
I to jest właśnie to co różni nasze społeczeństwa. Tutaj na Wyspach tabletki bierze się wtedy gdy przepisze lekarz, u nas w Szkocji są za darmo więc nie ma reklam promujących paracetamol czy ibuprofen w różnych postaciach. A lekarz przepisuje wtedy gdy naprawdę potrzeba, bo przecież czasami naprawdę wystarczy zmiana trybu życia czy ząbek czosnku. Owszem, jest tutaj mnóstwo otyłych nastolatków czy osób dorosłych, ale gdyby tak postawić koło siebie całą populację Polski i Wielkiej Brytanii, ta ostatnia wypadłaby chyba jednak znacznie szczuplej. Moja firma liczy jakieś 80 osób. Jest w niej 8 osób z nadwagą - w tym 5 kobiet, wiem bo specjalnie policzyłam w piątek na dorocznym obiedzie firmowym we włoskiej restauracji. U mojego męża na 26 osób - 2 z nadwagą, w tym 1 otyła. U koleżanki (w kuchni) 16 osób, 1 otyła. I tak jest wszędzie.
Lubię chude, ale nie za chude. Wciągnęłam brzuch jak tylko mogłam, przyjrzałam się sobie w lustrze. Nie, taki obraz mnie nie nęci. Wolę te swoje BMI 21,5.
To ostatnie zdanie nie dotyczy niestety kilogramów a raczej obwodów. W pasie w moim przypadku, bo reszta to jakoś jeszcze wygląda. No i się wydało. To znaczy upubliczniło się to co moja własna córka odkryła już kilka lat temu, czyli ja po prostu lubię chude. Chude sery, chude mleko, chude mięsko, chude ciało. Skóra i kości - ot, mój ideał. Nogi jak patyczki, wystające obojczyki i długa szyja. Nogi jak patyczki powtarzam, czyli żadna tam anoreksja, co to to nie, bo z anoreksją to się ma za duże stawy, a to mi się wybitnie nie podoba. Obojczyki to coś czego nigdy nie miałam, taka moja budowa po prostu, no coś tam czuję pod palcami i dobrze ale żeby wystawały jakoś wybitnie to nie. A szyja - mój koszmar wieloletni, więc jak po odchudzaniu w końcu zniknęło mi to podgardle, byłam szczęsliwa jak nigdy w życiu i nadal jestem, każdego dnia sprawdzając na sobie samej stan mojego podbródka.
Żyjąc na Wyspach, człowiek rewiduje swoje poglądy na temat tuszy. Niestety, jest tutaj więcej ludzi grubych i taki jest fakt. Jednak jako osoba niezwykle tolerancyjna próbowałam tłumaczyć sobie i wszystkim że to nieprawda, że wszędzie jest tak samo i tak dalej i tak dalej. Po ostatnim pobycie w Polsce musiałam zrewidować swoje poglądy. Ale nie do końca.
Fakt, w Polsce więcej jest ludzi chudych, widziałam wiele nastolatek wyglądających jak chore anorektyczki, wiele się mówi o anoreksji i wiem doskonale jak to wygląda, i niestety, muszę potwierdzić ten fakt. Osoba która odchudza się z rozmiaru UK 8 (polskie 36) jest, musi być chora! I co mnie niepokoi, to to że niestety w Polsce nastolatki nie uprawiają sportu, starsze osoby niestety też nie. Nie mają pieniędzy, nie jest to popularne, nie wiem jakie jeszcze mogą być tego przyczyny. A potem cukrzyce, zawały i inne choroby tak zwane cywilizacyjne. Tabletki zamiast zdrowego odżywiania, tabletki zamiast ruchu, tabletki zamiast zdrowego rozsądku.
I to jest właśnie to co różni nasze społeczeństwa. Tutaj na Wyspach tabletki bierze się wtedy gdy przepisze lekarz, u nas w Szkocji są za darmo więc nie ma reklam promujących paracetamol czy ibuprofen w różnych postaciach. A lekarz przepisuje wtedy gdy naprawdę potrzeba, bo przecież czasami naprawdę wystarczy zmiana trybu życia czy ząbek czosnku. Owszem, jest tutaj mnóstwo otyłych nastolatków czy osób dorosłych, ale gdyby tak postawić koło siebie całą populację Polski i Wielkiej Brytanii, ta ostatnia wypadłaby chyba jednak znacznie szczuplej. Moja firma liczy jakieś 80 osób. Jest w niej 8 osób z nadwagą - w tym 5 kobiet, wiem bo specjalnie policzyłam w piątek na dorocznym obiedzie firmowym we włoskiej restauracji. U mojego męża na 26 osób - 2 z nadwagą, w tym 1 otyła. U koleżanki (w kuchni) 16 osób, 1 otyła. I tak jest wszędzie.
Lubię chude, ale nie za chude. Wciągnęłam brzuch jak tylko mogłam, przyjrzałam się sobie w lustrze. Nie, taki obraz mnie nie nęci. Wolę te swoje BMI 21,5.
Subskrybuj:
Posty (Atom)