Jak w temacie, mówię o pogodzie. Po tych strasznych deszczach, zimnicy i ćmicy nastąpiły w końcu przepiękne dni, pełne słońca i ciepła. Upalne wręcz. Już nawet co niektórzy zaczęli narzekać że im za gorąco. No to macie! Tylko 10 dni trwało lato. Co prawda, drugie to już lato w Szkocji, bo pierwsze było w marcu. Zawsze lepsze coś niż nic.
Córka przeprosiła się ze słońcem, siedziała w jego promieniach od rana do wieczora z małymi przerwami, opaliła się pięknie, na początku prawie spaliła, ale jak tu się nie spalić gdy nie używasz żadnego kremu z filtrem? Gdy tylko to zobaczyłam, zakupiłam natychmiast odpowiednie preparaty i zażegnałyśmy klęskę. Bo córka od dwóch lat nie widziała słońca, ostatnio w 2010 roku w Egipcie. Potem miała swoje sprawy, potem była zima, w zeszłym roku tak wyszło że nie jechaliśmy nigdzie na wakacje, owszem każde z nas było w Polsce (oprócz córki), ale co to za wakacje w Polsce. Córka w Polsce nie była bo się na babcie obraziła :-) Nie, żartuję. Nie była bo kończyła 18 lat i chciała mieć imprezę. No to miała. Więc kiedy nastało lato i nawet ja sobie wzięłam tydzień wolny od pracy, żeby sobie na słoneczku posiedzieć, moja córka spała od rana do wieczora, a wieczorami wychodziła. No a jak udało jej się nie spać, a udało położyć na trawce na kocyku, to obrqaziła się na słońce że nie świeci tak jak ona by chciała, na trawkę że ją gniecie i na robaczki które po tej trawce chodzą.
Więc nie ma co się dziwić że skóra jakoś tam odwykła od słońca i się prawie spaliła. Bo córka jest raczej śniada i nigdy przenigdy poparzenia słonecznego nie doświadczyła. W Tunezji nawet na pustyni, w 50 stopniowym upale, jechała na tym wielbłądzie w samym stroju kąpielowy, bez ochronnego odzienia i nic jej nie było. A tu nagle szkockie słońce jej dopiekło! I dobrze, niech pozna moc promieni.
Ale dość o córce, niech się cieszy tym co ma. Teraz będzie o kocie. Który przez cały tydzień gościem rzadkim był w domu. Właściwie przychodził tylko na jedzenie, a i to się spóźniał. Albo spał pod swym ulubionym krzaczkiem tawułki, albo pod różami z drugiej strony domu, albo pod kocem na którym leżałam ja. Albo znikał gdzieś na całe godziny i tyle go widzieli. Na pewno terroryzował okoliczne koty.
Bo te dwa czarne koty sąsiedki to wcale nie są z nim tak bardzo zaprzyjaźnionem jak się okazuje. Mąż widział ostatnio jak Tiggy większego ugryzł w ucho, a mniejszego pogonił. W ogóle on goni teraz wszystkie koty, a teren powiększył sobie o kilka następnych domów, normalnie skaranie boskie z tym kotem.
W niedzielę sąsiedzi trzy domy dalej robili sobie grilla. Grill jak grill, wrzaski dzieciarni, głośne gadanie, śmiechy. Pod wieczór wszystko przycichło. Nagle mąż woła do mnie z kuchni żebym natychmiast zabrała swojemu (!!) kotu to czym się teraz bawi, bo przyniósł sobie psią kupę! No kupą to on się już raz bawił, dziękuję bardzo! Wychodzę na podwórko, paczę (?) a tam nadgryziona kiełbaska z grilla. Ukradł, złodziej! Pobawił się chwilkę, popodrzucał, po czym dumny jak paw przyszedł do mojej nogi się pochwalić, jaką wspaniałą zdobycz dla mnie przyniósł. Jakby mówił - weź, weź, zobacz jak pyszniutka tłuściutka kiełbaska... Dostał trochę głasków i garstkę kocich ciasteczek. Za takie polowanie to się należy!
wtorek, 29 maja 2012
piątek, 25 maja 2012
Drugie oblicze Szkota
Tak się zdarzyło że mój syn został wyselekcjonowany do reprezentowania Szkocji w Mistrzostwach Europy Juniorów i Weteranów Karate Shotokan w Paryżu. Karate, sport dość popularny choć nie medialny, z mordobiciem nie ma nic wspólnego. Szczególnie ten rodzaj karate, w najbardziej tradycyjnym jego wydaniu, raczej uczy dyscypliny i opanowania, choć w przysłowiową mordę też można dostać.
Taki wyjazd na mistrzostwa Europy ma swoją cenę. Nie wiem jak to jest tutaj z innymi, potężnymi organizacjami sportowymi, jak piłka nożna czy lekkoatletyka, ale Szkocki Związek Karate ma środki tylko na uczestnictwo w zawodach i pobyt zawodnika, dostarczenie zawodnika na miejsce to jest już sprawa indywidualna. No i od tego właśnie są kluby, aby swoim zawodnikom zapewnić jak największy komfort, czyli pokryć koszt przelotu i wyżywienia. Być może nie wszystkie kluby są w stanie tego dokonać, ale klub mojego syna to dość duży, bogaty klub, z największą ilością zadowników w ścisłej kadrze kraju.
Ambicją trenera jest umożliwić stat swoim zawodnikom zupełnie za darmo. W związku z tym organizuje liczne pokazy i zbiórki pieniędzy, które polegają najczęściej na pomocy w pakowaniu towarów w pobliskim supermarkecie. Dzieciaki (i dorośli też) stoją przy kasach i pomagają pakować zakupy do toreb osobom kupującym, w zamian dostając mały napiwek. Nie od wszystkich oczywiście. Bo na przykład ja po pierwsze jestem sknera i żal mi każdego grosza (trafiłam do dobrego kraju, hehe!), po drugie wolę sama sobie pakować towary, bo wiem gdzie co i jak wkładam, a to ułatwia mi wypakowanie w domu, a po trzecie nigdy nie mam drobnych, a nawet grubych pieniędzy w portfelu. Ale prawie każda starsza babcia czy dziadek da już te parę przysłowiowych groszy, a niektórzy wrzucają nawet papierki.
Mój syn nigdy w takiej zbiórce nie uczestniczył, bo albo nie miał czasu albo chęci, albo się po prostu wstydził, więc uznaliśmy z mężem że to wstyd, że każdy w klubie jakoś pomaga a my nie, dlatego też postanowiliśmy wspomóc klub na własną rękę. Pamiętałam że kiedyś kolega z pracy również coś takiego robił dla klubu piłkarskiego swojego syna, poszłam do niego po radę, dostałam szablon do zbiórki pieniędzy, wkleiłam logo klubu, uzupełniłam potrzebne dane. I poszłam po prośbie.
Najpierw u mnie w pracy, zostałam niezwykle pozytywnie zaskoczona, bo ludzie po prostu wpisywali się z uśmiechem na listę, dodając "Good Luck!", niektórzy dawali pieniądze od razu, ci którzy nie mieli, przynosili po kilku dniach. Nie dużo, kilka funtów każdy, ale każdy grosz się przecież liczy.
Zabrał też listę mój mąż do pracy. Gdy ją przyniósł - oniemiałam! Cała lista wypełniona, od góry do dołu. W dodatku - czek na 250 funtów od działu marketingu! Czek zanieśliśmy trenerowi od razu, szczęka mu spadła że w ogóle wpadliśmy na taki pomysł, ale jeszcze nic nie wie o dodatkowej zbiórce, bo to na razie trzymamy w tajemnicy. Dzisiaj jest termin i nawet nie potrafię wyrazić jaka jestem szczęśliwa i zaaferowana. Gdy mieliśmy jeszcze 150 funtów, mąż postanowił że spróbujemy nazbierać 200. I jeszcze wczoraj mieliśmy 185, a dzisiaj już 207! A jeszcze nie wiem czy mąż czegoś nie przyniesie z pracy.
Owszem, miałam też takie myśli, żeby nie dawać klubowi pieniędzy, przecież dostał już czek. Żeby się nie przyznawać. Ale byłoby to złodziejstwo i parszywa zbrodnia, przecież zbieraliśmy te pieniądze na klub, dla wszystkich dzieci, a nasz syn ma też mieć z tego korzyść. Więc dawno tu już te paskudne myśli odrzuciłam i teraz z niecierpliwością czekam na reakcję trenera dziś wieczorem!
Szkot jaki jest każdy wie. Że kilkaset lat temu wielu Szkotów wyemigrowało do Poznania może nie każdy. Że z tej emigracji postał drut, jak sobie Poznaniak z Krakowianinem złotówkę wydzierali, niektórzy też słyszeli. Ale jest także inne oblicze Szkota - ma jednak gest!
Taki wyjazd na mistrzostwa Europy ma swoją cenę. Nie wiem jak to jest tutaj z innymi, potężnymi organizacjami sportowymi, jak piłka nożna czy lekkoatletyka, ale Szkocki Związek Karate ma środki tylko na uczestnictwo w zawodach i pobyt zawodnika, dostarczenie zawodnika na miejsce to jest już sprawa indywidualna. No i od tego właśnie są kluby, aby swoim zawodnikom zapewnić jak największy komfort, czyli pokryć koszt przelotu i wyżywienia. Być może nie wszystkie kluby są w stanie tego dokonać, ale klub mojego syna to dość duży, bogaty klub, z największą ilością zadowników w ścisłej kadrze kraju.
Ambicją trenera jest umożliwić stat swoim zawodnikom zupełnie za darmo. W związku z tym organizuje liczne pokazy i zbiórki pieniędzy, które polegają najczęściej na pomocy w pakowaniu towarów w pobliskim supermarkecie. Dzieciaki (i dorośli też) stoją przy kasach i pomagają pakować zakupy do toreb osobom kupującym, w zamian dostając mały napiwek. Nie od wszystkich oczywiście. Bo na przykład ja po pierwsze jestem sknera i żal mi każdego grosza (trafiłam do dobrego kraju, hehe!), po drugie wolę sama sobie pakować towary, bo wiem gdzie co i jak wkładam, a to ułatwia mi wypakowanie w domu, a po trzecie nigdy nie mam drobnych, a nawet grubych pieniędzy w portfelu. Ale prawie każda starsza babcia czy dziadek da już te parę przysłowiowych groszy, a niektórzy wrzucają nawet papierki.
Mój syn nigdy w takiej zbiórce nie uczestniczył, bo albo nie miał czasu albo chęci, albo się po prostu wstydził, więc uznaliśmy z mężem że to wstyd, że każdy w klubie jakoś pomaga a my nie, dlatego też postanowiliśmy wspomóc klub na własną rękę. Pamiętałam że kiedyś kolega z pracy również coś takiego robił dla klubu piłkarskiego swojego syna, poszłam do niego po radę, dostałam szablon do zbiórki pieniędzy, wkleiłam logo klubu, uzupełniłam potrzebne dane. I poszłam po prośbie.
Najpierw u mnie w pracy, zostałam niezwykle pozytywnie zaskoczona, bo ludzie po prostu wpisywali się z uśmiechem na listę, dodając "Good Luck!", niektórzy dawali pieniądze od razu, ci którzy nie mieli, przynosili po kilku dniach. Nie dużo, kilka funtów każdy, ale każdy grosz się przecież liczy.
Zabrał też listę mój mąż do pracy. Gdy ją przyniósł - oniemiałam! Cała lista wypełniona, od góry do dołu. W dodatku - czek na 250 funtów od działu marketingu! Czek zanieśliśmy trenerowi od razu, szczęka mu spadła że w ogóle wpadliśmy na taki pomysł, ale jeszcze nic nie wie o dodatkowej zbiórce, bo to na razie trzymamy w tajemnicy. Dzisiaj jest termin i nawet nie potrafię wyrazić jaka jestem szczęśliwa i zaaferowana. Gdy mieliśmy jeszcze 150 funtów, mąż postanowił że spróbujemy nazbierać 200. I jeszcze wczoraj mieliśmy 185, a dzisiaj już 207! A jeszcze nie wiem czy mąż czegoś nie przyniesie z pracy.
Owszem, miałam też takie myśli, żeby nie dawać klubowi pieniędzy, przecież dostał już czek. Żeby się nie przyznawać. Ale byłoby to złodziejstwo i parszywa zbrodnia, przecież zbieraliśmy te pieniądze na klub, dla wszystkich dzieci, a nasz syn ma też mieć z tego korzyść. Więc dawno tu już te paskudne myśli odrzuciłam i teraz z niecierpliwością czekam na reakcję trenera dziś wieczorem!
Szkot jaki jest każdy wie. Że kilkaset lat temu wielu Szkotów wyemigrowało do Poznania może nie każdy. Że z tej emigracji postał drut, jak sobie Poznaniak z Krakowianinem złotówkę wydzierali, niektórzy też słyszeli. Ale jest także inne oblicze Szkota - ma jednak gest!
środa, 23 maja 2012
La la la, wiosna wiosna la la la
Nareszcie ciepło się zrobiło, a jak jest ciepło, to wiadomo - serce rośnie! Po raz pierwszy w tym roku wyszłam z domu do pracy bez okrycia wierzchniego, czym naraziłam się Stefce niemiłosiernie, bo kto to widział, w maju bez kurtki, przecież może padać, jest 40 procent szansy na deszcz! Mój przepowiadacz pogody mówi że deszczu nie będzie, to nie będzie, i już!
Wczoraj było tak pięknie, że postanowiłam zmienić swoje życie i zacząć biegać. Biegałam jak byłam młoda, nawet startowałam w zawodach, lubiłam biegać i dobrze się z tym czułam. To czemu mam nie wrócić do tego po 20 z hakiem latach? Amatorem nie jestem, nie zabieram się do czegoś ot tak, z biegu, najpierw muszę sprawdzić co i jak. O tym bieganiu też długo sprawdzałam. Jak zacząć, plany treningowe, wyposażenie, i tak dalej. Butów do biegania na razie nie mam, ale mam stare do badmintona, bardzo wygodne, na pierwsze razy wystarczą, zanim kupię coś porządnego. Ubranie do biegania, koszulki - mam, no może nie przeznaczone do biegania, ale zawsze się coś na grzbiet znajdzie.
WIĘC WCZORAJ PO PRACY - WIELKI DEBIUT!
Zawiozłam syna na trening, a tam teren fajny do biegania, trochę asfaltu, trochę parku. Zaczęłam tempem dość wolnym, myślałam, ale po 300 metrach ciśnienie mi skoczyło, oddech się skończył, więc zwolniłam i przeszłam do marszu. Przeszłam tak kolejne 300 metrów i myślę - no dawaj, nie po to się w końcu odważyłaś żeby spacerować. No i zaczęłam znowu biec. Tym razem, choć tempo było takie samo, poszło gładko, mniej więcej w połowie tętno się uspokoiło, oddech się ustabilizował, było cicho, błogo i pachniało wiosną.
Gdy dobiegłam do samochodu, nie mogłam uwierzyć że trwało to tylko pół godziny. Tylko czy może aż, bo założenie było nie więcej niż dwadzieścia minut pierwszego dnia. Ale nie miałam zegarka, więc mimo solidnej porcji rozciągania po, czuję dziś że jednak chyba trochę przegięłam. Trudno, co głupiemu po rozumie.
Po bieganiu, zrobiłam jeszcze bułki, ugotowałam obiad na następny dzień, nastawiłam chleb do rośnięcia, posadziłam kwiatki do koszyków i na grządki, uprzątnęłam ogródek, podlałam. I to wszystko w dwie godziny! Energia opuściła mnie dopiero koło północy.
A dzisiaj, jest jeszcze cieplej, i jeszcze piękniej, i zaraz po pracy idę biegać. A potem zjem sobie obiado-kolację w zmniejszonej dawce, bo mi się nie będzie chciało jeść po wysiłku, i wkrótce będę piękna i szczup...lejsza, bo przecież gruba nie jestem. Do wakacji będę w sam raz!
Wczoraj było tak pięknie, że postanowiłam zmienić swoje życie i zacząć biegać. Biegałam jak byłam młoda, nawet startowałam w zawodach, lubiłam biegać i dobrze się z tym czułam. To czemu mam nie wrócić do tego po 20 z hakiem latach? Amatorem nie jestem, nie zabieram się do czegoś ot tak, z biegu, najpierw muszę sprawdzić co i jak. O tym bieganiu też długo sprawdzałam. Jak zacząć, plany treningowe, wyposażenie, i tak dalej. Butów do biegania na razie nie mam, ale mam stare do badmintona, bardzo wygodne, na pierwsze razy wystarczą, zanim kupię coś porządnego. Ubranie do biegania, koszulki - mam, no może nie przeznaczone do biegania, ale zawsze się coś na grzbiet znajdzie.
WIĘC WCZORAJ PO PRACY - WIELKI DEBIUT!
Zawiozłam syna na trening, a tam teren fajny do biegania, trochę asfaltu, trochę parku. Zaczęłam tempem dość wolnym, myślałam, ale po 300 metrach ciśnienie mi skoczyło, oddech się skończył, więc zwolniłam i przeszłam do marszu. Przeszłam tak kolejne 300 metrów i myślę - no dawaj, nie po to się w końcu odważyłaś żeby spacerować. No i zaczęłam znowu biec. Tym razem, choć tempo było takie samo, poszło gładko, mniej więcej w połowie tętno się uspokoiło, oddech się ustabilizował, było cicho, błogo i pachniało wiosną.
Gdy dobiegłam do samochodu, nie mogłam uwierzyć że trwało to tylko pół godziny. Tylko czy może aż, bo założenie było nie więcej niż dwadzieścia minut pierwszego dnia. Ale nie miałam zegarka, więc mimo solidnej porcji rozciągania po, czuję dziś że jednak chyba trochę przegięłam. Trudno, co głupiemu po rozumie.
Po bieganiu, zrobiłam jeszcze bułki, ugotowałam obiad na następny dzień, nastawiłam chleb do rośnięcia, posadziłam kwiatki do koszyków i na grządki, uprzątnęłam ogródek, podlałam. I to wszystko w dwie godziny! Energia opuściła mnie dopiero koło północy.
A dzisiaj, jest jeszcze cieplej, i jeszcze piękniej, i zaraz po pracy idę biegać. A potem zjem sobie obiado-kolację w zmniejszonej dawce, bo mi się nie będzie chciało jeść po wysiłku, i wkrótce będę piękna i szczup...lejsza, bo przecież gruba nie jestem. Do wakacji będę w sam raz!
Subskrybuj:
Posty (Atom)